Diana Wynne Jones „Ruchomy zamek Hauru”, czyli baśń dla każdego [recenzja]

Chyba każdy zna film animowany o czarnoksiężniku Hauru ze Studia Ghibli – ale kto wiedział, że oparto go o brytyjską książkę dla dzieci? I że ta książka wydana została w Polsce? Otóż ja niedawno się dowiedziałam.

Już na wstępie podsumuję tę recenzję (bo czemu nie, w końcu to mój blog i mogę): poza „zjapońszczeniem” nazwiska głównego bohatera – zapewne by trafić do fanów animacji – wszystko mi się tu podobało. Naprawdę!

Zaznaczę z miejsca, że książka bardzo różni się od anime. Hayao Miyazaki wziął ją jako bazę dla swojej opowieści – wykorzystał postaci, wydarzenia czy nazwy, ale zmienił je, zmiksował i pomieszał, tworząc inną fabularnie historię, chociaż o nieco podobnym wydźwięku. Plus dodał muzykę – ta jest piękna i prawdę mówiąc pasuje też doskonale do książki. Słuchałam jej w kółko podczas lektury 😉

Początek jednak jest podobny: Sophie Kapeluszniczka zostaje zamieniona przez Wiedźmę z Pustkowi w staruszkę. Wyrusza więc w podróż, by nie być ciężarem dla swojej macochy oraz być może odczynić klątwę. Trafia na tytułowy ruchomy zamek czarnoksiężnika, wprasza się do niego i zostaje, postanawiając zająć się sprzątaniem, gotowaniem i wychowaniem Michaela, młodego ucznia Hauru. Dalej wydarzają się Rzeczy, związane z klątwami, magią, ratowaniem królestwa i złą czarownicą (ale nie znaną z ekranu wojną), a także z Sophie i Hauru – chociaż te ostatnie akurat dzieją się bardzo subtelnie. W końcu to baśń dla dzieciaków, a nie książka dla dorosłych.

Ale fabuła to jedno, a to, jak autorka ją napisała to drugie. Diana Wynne Jones to bardzo mało znana w Polsce, ale głęboko zakorzeniona w literaturze dziecięcej i fantastycznej w Wielkiej Brytanii autorka i badaczka. Ukończyła katedrę literatury na Oxfordzie, studiowała pod okiem m.in. J.R.R. Tolkiena i C.S. Lewisa. W Ruchomym zamku Hauru widać, jak wykorzystała tę wiedzę w praktyce. Książka wykorzystuje bowiem w nowy sposób popularne motywy obecne w klasycznych baśniach – zwłaszcza narodowych. Zacznijmy od słynnego motywu trzech braci.

Nie tak krótki przerywnik historycznoliteracki

Jeśli pominiecie słynne utwory braci Grimm, Andersena, Perraulta, a zamiast tego sięgniecie po losowy zbiór tradycyjnych baśni i legend polskich, rosyjskich, francuskich, szwajcarskich czy czeskich, znajdziecie w nich historie, które można z grubsza podzielić na „dziewczęce” i „chłopięce”. Te pierwsze najczęściej dotyczą księżniczek, sierotek i sprytnych córek kupców, które ratowały dzień głównie zajmując się domem, względnie pielęgnując – wybaczcie polityczny heheszek – cnoty niewieście, jak pracowitość, roztropność i urodę. Jest na przykład czeska historia o duchu gór Karkonoszu-Liczyrzepie, który nagrodził pracowitą, chociaż ubogą dziewczynkę zdrowiem i bogactwem za dobre serce, ciężką pracę i bezinteresowną pomoc; jest włoska baśń o trzech skarbach, w której najmłodsza z trzech sióstr wyszła za księcia, a starsze z zazdrości podmieniały jej nowonarodzone dzieci na zwierzęta, by oskarżyć ją o czary – i upór, uroda oraz ciężka praca znowu uratowały dziewczynę. Jest też rosyjska baśń o sprytnej córce biedaka, Mądralince, która swoim rozumem, rozwiązując zagadki, zaskoczyła potężnego wojewodę i została jego żoną – a potem wykazała się także ogromną lojalnością wobec męża, co ocaliło jej skórę i majątek. Do tej samej kategorii zalicza się zresztą słynne: „Kopciuszka”, „Piękną i Bestię”, „Roszpunkę” czy „Dwunastu braci”.

Inaczej sprawa ma się z baśniami „chłopięcymi”. W nich nacisk kładziony jest owszem, na spryt, ale też na odwagę, męstwo, waleczność i honor. To wszelkie historie o dzielnych owczarkach odganiających złe duchy od stada na halach, najmłodszych braciach przechytrzających trolle pod mostami, książętach zdobywających szklane lub miedziane góry, ujeżdżających koniki Garbuski – i na końcu zyskujących rękę ślicznej dziewczyny oraz bogactwo.

W tych spoza kanonu baśni europejskich – czyli znowu poza Grimmami itp., gdzie zwykle mamy jednego dzielnego księcia/świniopasa/sierotę – bardzo często przewija się motyw trzech braci. Zwykle chodzi o trzech książąt, ale czasami są to po prostu młodzieńcy szukający sławy i złota. Najczęściej z powodu klątwy – rzuconej zwykle na księżniczkę/carewnę/królewnę – wyruszają w podróż, by zdobyć skarb, pokonać złą magię i na końcu otrzymać pół królestwa i żonę. Zwykle dwóch starszych braci z różnych powodów przegrywa ten wyścig – giną lub okazują się niegodni. Najmłodszy, najczęściej „wesoły Jaś” czy inny „głuptasek Staś” (nazywany tak przez brak krzepy w łapie i obycia z mieczem oraz radosne usposobienie), osiąga sukces poprzez zdobycie magicznych pomocników i artefaktów (zwykle ponownie w liczbie trzech), którzy i które pomagają mu pokonać klątwę / zabić smoka / przegnać wiedźmę itd.

Wracając do „Ruchomego zamku…

Diana Wynne Jones już na pierwszych stronach użyła motywu trzech braci – wywracając go na nice. Co więcej, daje swoim postaciom samoświadomość życia w rzeczywistości rządzonej baśniowymi prawami. Sophie jest najstarszą z trzech sióstr Kapeluszniczek – najmłodsza, Marta, uznawana jest zgodnie z baśniowym stereotypem za najroztropniejszą, średnia, Lettie, za najpiękniejszą. Gdy sytuacja zmusza siostry do poszukiwania zajęcia, ich matka/macocha decyduje, przy ich zgodzie, że to Marta powinna osiągnąć największy sukces i przeżyć przygody, więc trafia na praktykę do czarodziejki; Lettie powinna mieć okazję znaleźć męża, więc zostaje czeladniczką w cukierni. Sophie, jako najstarszej, przeznaczona jest porażka na obu polach, pozostaje więc, by dalej robić kapelusze. Gdy zaś zostaje przeklęta, akceptuje to jako los przynależny najstarszej z trójki rodzeństwa, porzuca dom, by nie być ciężarem, i wyrusza przed siebie.

Sophie nie tylko w tym realizuje pokrętnie motyw „baśni chłopięcej”. Ledwo wyjdzie z miasta, napotyka typowe dla tego rodzaju historii trzy próby: ratuje psa zaplątanego w krzaki, prostuje paskudnego stracha na wróble i w końcu natrafia na zamek Hauru, w którym spotyka demona ognia, Kalcyfera, i zdecydowanie podbija jego płomienne serduszko. Później próby te zaowocują „magicznymi pomocnikami” – którzy pomogą jej w zdjęciu klątwy. Jednak Jones nie poprzestała na tym – historia dalej toczy się tak, jakby Sophie była najmłodszym bratem/księciem, a zaklętą księżniczką do uratowania był tytułowy Hauru!

To pierwsze, co rzuca się pod tym względem w oko. Ale niejedyne – autorka postanowiła namieszać w baśniowych toposach bardziej, więc Ruchomy zamek Hauru zawiera w sobie drugie tyle baśni „dziewczęcych”. Pominąwszy już fakt, że Sophie jest młodą kobietą (zaklętą w staruszkę, ale jednak), to poszukując sposobu na swoją klątwę zajmuje się prowadzeniem domu (zamku?) Hauru. Po prostu wkracza tam pierwszego wieczoru, a rano zaczyna gotować i sprzątać, co staje się zaczynkiem magicznego chaosu oraz drogą do pokonania Czarownicy z Pustkowia. Co więcej, obok bezinteresowności (próby!) i cnót niewieścich (pranie, sprzątanie, gotowanie, dzieci wychowywanie – bo Michael, uczeń Hauru, to jeszcze nastoletni dzieciak), Sophie wykazuje się mądrością i oślim uporem, tak typowymi dla bohaterek baśni, co ostatecznie zapewni jej sukces w zadaniach. W sumie po ten motyw sięgnął też Miyazaki w swojej animowanej interpretacji – jego Sophie również bywa Herod babą, ale o złotym sercu i z zacięciem do miotły.

Swoją drogą ten brytyjski klasyk ma całą masę pięknych wydań i ilustracji nienawiązujących do anime Ghibli. Tu z konkursu niesamowitego wydawnictwa Folio Society, art. Marie-Alice Harel 2019

Motywów „przekręconych” z baśni jest więcej – już to, że macocha Sophie, Fanny, nie jest złośliwa i nieczuła, może zaskoczyć; młodsze siostry po wyznaczeniu im ich ról w opowieści okazują się jednak mieć własne zdanie na ten temat; a sam Hauru – początkowo portretowany jako czarnoksiężnik-kanibal – zdecydowanie nie jest czarnym charakterem.

Ogółem jako całość Ruchomy zamek Hauru to przemyślana, ale też cudownie ciepła historia. Pełno tu humoru, którym możemy cieszyć się tym pełniej, że zbudowany został na znanych nam (chociażby zawartych w opisie wyżej) wątkach i motywach. Bohaterowie są przesympatyczni – ale też wielowymiarowi, z wplecionymi w charaktery wadami dopełniającymi ich szkic (na przykład Hauru często bywa dramatyczny jak pięciolatek – z histerią włącznie). To nadal historia dla dzieci, więc nie ma tu epickich bitew czy wielkich uniesień – ba, nawet świat przedstawiony wydaje się ograniczony do czterech i pół lokacji – mimo to czyta się doskonale, nieomal jednym tchem (mnie wciągnęło na całą noc, a potem w pracy byłam ziemniakiem, polecam ten styl życia). Dawno nie bawiłam się tak dobrze przy książce.

No i wydanie. Z jednej strony częścią uroku Zamku… jest naprawdę dobry przekład – jego autorką jest Danuta Górska. Jej zdania pięknie płyną i czytają się same, a to ogromny talent u tłumaczki. Z drugiej wydawca, Nowa Baśń, zadbał o zaprawdę piękną okładkę. No popatrzcie na nią! Te kolory, iluzje optyczne, ornamenty! Podpowiem, że projektował ją Jędrzej Chełmiński (współpracujący z wydawnictwem też np. przy serii Wojownicy), a to jego ArtStation.

Łyżka dziegciu raz (a nawet dwa)

Nie wszystko jednak było idealne. Dwie rzeczy szczególnie kłuły mnie w oko (i serduszko). Pierwsza to kwestia zawarta w samej fabule – Hauru bowiem, jak się okazuje, jest Walijczykiem. Przez swoje magiczne drzwi przechodzi do rodzinnego świata odwiedzać siostrę i uczestniczyć w spotkaniach klubu rugby. Nie ma to praktycznie żadnego wpływu na wydarzenia w książce – mogłoby równie dobrze chodzić o kolejne miasto w królestwie, magiczną krainę za morzem czy sąsiedni wymiar, więc Walia jest tu jedynie jako ukłon w stronę młodych czytelników z Wielkiej Brytanii. Przeszkadza mi to – wyrywa z magicznego świata przedstawionego, każe szukać motywów głębiej (może to portal fantasy? Może Hauru jest chory psychicznie?), a nie powinno.

Druga to kwestia techniczna. I w książce, i w samym tytule nazwisko czarownika jest zapisywane jako Hauru. W oryginale był to „Howl” – co ma sporo sensu, gdyż jego oryginalne nazwisko z Walii to Howell, a samo słowo „howl” ma swoje znaczenie po angielsku. Podejrzewam, że tłumaczka została tu postawiona przed faktem dokonanym, mianowicie: przed Wydawnictwem Amber. Pierwsze wydanie Zamku to u nas 2005 rok, premiera japońskiej animacji – 2004. Jeśli połączymy te dwa fakty, dodamy do tego to, że Amber na okładce umieścił zamek na nóżkach pomysłu Ghibli, a japoński tytuł ze względów charakterystyki fonetyki języka zapisywano jako Hauru no Ugoku Shiro – gdyż Japończycy nie wymawiają ani L, ani R tak jak w Europie, a mają głoskę niejako pomiędzy (oczywiście to wyjaśnienie bardzo zgrubne) – to mamy rozwiązanie zagadki. Nowa Baśń korzystała z tego samego tłumaczenia, więc i przez to, i przez zapewne względy marketingowe został nam nieszczęsny Hauru.

Tu stara okładka na grafice z bloga KuchniaKsiążkaKino.pl – sama okładka prawie nie funkcjonuje już w internecie, pożyczam więc i zapraszam do przeczytania tekstu tamże.

Mimo tych dwóch problemów (czy problemików) zdecydowanie Zamek… grzeje moje czytelnicze serce. To świetnie napisana powieść, piękna baśń, cudowne postaci i pozytywny zastrzyk energii po lekturze. A wiecie, co jest najlepsze? Diana Wynne Jones napisała jeszcze dwie baśniowe powiesci w tym cyklu – już o innych bohaterach, ale liczę, że równie piękne. Zamek w chmurach już jest wydany i czeka na mnie na półce – a trzeci tom, House of Many Ways, zdecydowanie jest w planach wydawcy. Nic, tylko kupować i czytać!! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s