Eduardo Strauch, Mireya Soriano „Out of the Silence: After the Crash”, czyli najsłynniejsza katastrofa lotnicza w najnudniejszym wydaniu [recenzja]

Katastrofa lotnicza w Andach w 1972 roku to chyba najsłynniejsze wydarzenie w historii tragedii lotniczych. Kto by się spodziewał, że ocalały może je tak nudno opisać?

Na pewno słyszeliście o tej historii. 13 października 1972 roku w Andach rozbił się samolot przewożący urugwajską drużynę uniwersytecką rugby, ich rodziny i przyjaciół, do tego załogę – łącznie 45 osób. Podczas przelotu do Chile nad Andami, z powodu złych warunków i błędu pilota, samolot najpierw „zabłądził”, a potem rozbił się o góry, w opuszczonym, niedostępnym miejscu – rozłamał się na dwie części, które spadły oddzielnie.

11 osób zginęło najprawdopodobniej na miejscu. W części dziobowej pozostali próbowali przetrwać i doczekać ratunku – przez 10 dni trwała akcja poszukiwawcza. Jednak ratownicy ich nie odnaleźli, wszystkich uznano za zmarłych – o czym rozbitkowie w Andach usłyszeli z ledwo działającego radia. Przez kolejne 62 dni usiłowali przetrwać wśród śniegu i mrozu, gdy część z nich powoli umierała od ran, chorób i z zimna.

Trafili bardzo pechowo – nie dość, że była andyjska zima, nie mieli możliwości przedarcia się przez góry, to jeszcze wszystko było pokryte śniegiem. Nie było zwierząt, roślin, nawet ziemi jako takiej, tylko lód, śnieg i skały. Jak się domyślacie, żeby przeżyć ponad 2 miesiące w tych warunkach, ocaleni musieli jeść zwłoki swoich towarzyszy. Nie wszyscy byli w stanie się przemóc – ci ostatecznie zmarli z głodu.

W grudniu, gdy zima zelżała, trzech z rozbitków – wytypowanych spośród ostatnich 16 żyjących – wyruszyło w wybranym po wielu próbach i dyskusjach kierunku, by spróbować dostać się do Chile (nie byli pewni, gdzie są, więc był to rzut kością przeciwko losowi). Jeden zawrócił, ale dwóch poszło dalej. Udało im się – po kilku dniach wspinaczki i wędrówki dotarli na równinę, na której zobaczyli pasterzy, od których odgradzała ich rwąca rzeka, zagłuszająca wszystko. Na szczęście ci zdecydowali się sprawdzić, co dwaj dziwni mężczyźni chcieli – dalej potoczyło się szybko: pasterze skojarzyli katastrofę sprzed paru miesięcy, ogarnęli dwóch wędrowców, powiadomiono władze, były przesłuchania, wyruszył helikopter, a świat zobaczył niesamowite nagrania uratowanych z katastrofy – i to tuż przed Wigilią.

Zdjęcie zrobione z helikoptera ratowników. Antonio Caruso/Zeitgeist Films

A co z książką?

Historia jest niesamowita – trudna do uwierzenia, pełna też ogromnej grozy. Eduardo Strauch to jeden z ocalałych – więc jego wspomnienia (spisane przez Mireyę Soriano) mogłyby być nie lada gratką dla zainteresowanych, zwłaszcza że Amazon rozdawał ebooka Out Of The Silence w ramach tygodnia literatury świata. I wyobraźcie sobie, że książka była zwyczajnie nudna.

Spodziewałam się relacji z wydarzeń w górach – opisów reakcji, działań, rozterek. Miałam też nadzieję na informacje na temat życia po katastrofie: jak reagowały rodziny, po oczywistym szczęściu po powrocie zaginionych? Jak wyglądał powrót do cywilizacji i do życia? Szukanie pracy? Terapia? Co robią dzisiaj rozbitkowie? Strauch zawarł tego niewiele. Generalnie może pół książki to faktyczne wspomnienia z wydarzeń w górach, nieco jest opisów czasu po ratunku, ale poza tym…

…większość to filozoficzno-religijne przemyślenia o potędze gór i wielkości Boga. Strauch odnalazł w Andach wiarę. Dobrze dla niego – takie przeżycia zapewne wymagają zakotwiczenia się w czymkolwiek, żeby człowiek nie oszalał. Jednak nie dość, że przemyśleń o ogromie świata i Siły Wyższej jest tu po prostu za dużo, a sama konstrukcja książki.

Miejsce katastrofy urugwajskiego samolotu w Andach. Alpiniści nadal przychodzą tu, żeby zobaczyć pamiątki po wydarzeniu – i czasem znajdują nowe, zagubione na lata pod śniegiem.

Nie mamy w Out Of The Silence spójnej, linearnej historii. Dostajemy ją fragmentami, uporządkowanymi plus minus chronologicznie – bo sama katastrofa jest na początku, a ratunek na końcu – ale powtarzającymi część informacji i wydarzeń, czasami w różnej kolejności, czasami z dodatkowymi danymi. Rozdziały są budowane raczej na uczuciach Straucha niż wokół konkretnych wydarzeń i ich następstw i bogiem a prawdą – nie za dużo w nich konkretów. Bardziej pamiętnik niż dziennik, skoncentrowany na autorze, nie na działaniach wokół niego.

Przez to mamy do czynienia nie z pełnokrwistą opowieścią (i nie mam tu na myśli kanibalizmu), ale z gawędą dziadka na imieninach cioci. Momentami jest ciekawa, ale nie na tyle, żeby wynagrodzić całokształt.

Jeśli chcecie lepiej poznać wydarzenia związane z „Cudem Los Andes”, jak nazwano ocalenie rozbitków, darujcie sobie Out Of The Silence. Niemal każdy z uratowanych napisał książkę lub przynajmniej udzielił morza wywiadów – podejrzewam, że wśród nich są lepsze pozycje.

Jedna myśl w temacie “Eduardo Strauch, Mireya Soriano „Out of the Silence: After the Crash”, czyli najsłynniejsza katastrofa lotnicza w najnudniejszym wydaniu [recenzja]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s