Seanan McGuire „October Daye #1. Rosemary and Rue”, czyli śledztwa w świecie wróżek [recenzja]

Znalazłam nowe, niezłe urban fantasy!

Seria o October Daye nie jest taka nowa – pierwszy tom to rok 2009 – ale dla mnie jest tegorocznym odkryciem. Pozornie nie odbiega daleko od standardowego urban fantasy: mamy bohaterkę – sarkastyczną samotną wilczycę, prywatną detektyw, która rozwiązuje bardziej i mniej trudne sprawy… Ale tu podobieństwa do stereotypu się kończą. Seria Seanan McGuire uwiodła mnie bowiem właśnie konstrukcją tytułowej (anty)bohaterki.

October jest pół-faye (po polsku funkcjonuje na tego typu istoty termin „odmieniec” – dziecko podmienione w kołysce przez duchy i demony; w kręgach anglosaskich funkcjonuje używany w książce termin „changeling”). Wychowana w Summerlands – świecie fae – może żyć dłużej niż człowiek, ma nieco magii, chociaż mniej niż standardowy odmieniec, wolniej się starzeje. Jako poddana jednego z wróżkowych lordów, została pasowana na rycerza za swoje zasługi – co wywołało niemal skandal, jako że odmieńcy uważani są za gorszą kategorię – i wykonuje dla niego zlecenia. Udało jej się założyć rodzinę w ludzkim świecie, prowadzić firmę, urodzić córkę i nadal podtrzymać tajemnicę swojego pochodzenia… Ale wszystko rozsypało się, gdy podjęła się poszukiwań zaginionej rodziny swojego pana. October została na 14 lat zamieniona w rybę i spędziła ten czas w parkowym stawie.

Alternatywna, fanowska okładka z rzeczoną rybą. Autorka: Erika.

Jakkolwiek zabawnie to nie brzmi, McGuire odmalowała to bardzo wyraźnie jako traumę. Daye straciła rodzinę, 14 lat życia, ominął ją skok technologiczny, jej firma przestała istnieć. Odsunęła się od wszystkich przyjaciół i zaczęła samotną egzystencję od tygodniówki do tygodniówki. Jednak okoliczności związane z magią i światem fae zmuszają ją do wyjścia z tego stuporu niezależnie od jej niechęci – jakkolwiek potrzebne tu były klątwa i silne poczucie honoru – i ponownego podjęcia działań jako detektyw. Nawet, jeśli mają wszelkie szanse doprowadzić do jej śmierci w ten czy inny sposób. Jest to napisane bardzo przekonująco i trudno nie współczuć October, przy jednoczesnym doskonałym zrozumieniu jej niechęci do działania, gburowatości i cynizmu. Dawno nie czułam się tak przejęta losem książkowej postaci jak tu.

Jeden z nielicznych fanartów do serii – dobrze oddaje charakter tego, co się dzieje.

Ponieważ Rosemary and Rue to pierwszy tom serii, autorka zgrabnie wykorzystuje powrót October do żywych (i nieśmiertelnych) jako pretekst do wyjaśniania nam świata. A ten pozornie jest ledwo naszkicowany – oparty na znanych w kręgu kultury anglosaskiej legendach i folklorze, więc potencjalny czytelnik potrzebuje ledwie kilku rysów, żeby wiedzieć, o co chodzi. McGuire przedstawia nam garstkę wróżkowych dworów i rodów, parę postaci istotnych dla fabuły, rządzącą nimi hierarchię i parę zasad, jak wiążące strony wzajemne długi, funkcjonowanie przeprosin i obietnic itp. Bogiem a prawdą jest to zarysowane tak szeroko, że przy drobnej znajomości tego tematu – jaką zwykle mają np. czytelnicy fantastyki – nie mamy problemu z odnalezieniem się w realiach, a jednocześnie autorka może tam wrzucić wszystko w każdej interpretacji i dokładać kolejne cegiełki. I to działa – jak dotąd wszystko się zgrywa, postaci całkiem nieźle funkcjonują w tych realiach, nic nie zgrzyta. Całkiem dobre osiągnięcie.

Nie jest to może najbardziej ambitna seria UF – ma swoje problemy, używa pewnych kalek, wprowadza dość dziwny wątek, który kiedyś-był-i-może-znowu-będzie romantyczny, a w drugim tomie serwuje też dość mało przemyślany pomysł na seryjne zabójstwa – ale Rosemary and Rue dało mi naprawdę sporo radości z czytania i bohaterkę, której szczerze kibicuję, nawet jeśli drażni mnie jej sposób radzenia sobie z problemami (czyt. nie myśli o nich). Jeśli wpadnie wam w ręce, to polecam 🙂

4 myśli w temacie “Seanan McGuire „October Daye #1. Rosemary and Rue”, czyli śledztwa w świecie wróżek [recenzja]

  1. O, ładnie, ładnie. Sprawdziłem sobie autorkę i okazało się, że pisała ona była też pod pseudonimem Mira Grant, której to Miry Grant czytałem swego czasu trylogię Feed i zła wcale taka nie była – miałem wtedy alergię na zombie, a i tak wciągnęło mnie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s