Peter S. Beagle „Olbrzymie kości”, czyli powrót do przeszłości [recenzja]

Dzisiaj krótko i bardzo retro – o odgrzebanej z hałdy wstydu książce autora Ostatniego jednorożca.

Czasem tęsknię za klasycznym, heroicznym fantasy, pełnym bohaterów, bardów, magii, opowieści przy ognisku, drużyn walczących ze smokami itp. Tym razem z pomocą przyszła mi kupiona przypadkiem (oczywiście) książka Petera S. Beagle’a Olbrzymie kości – sześć opowiadań z ciekawym tematem przewodnim.

Teksty łączy motyw opowieści: każdy jest albo spisywaną/opowiadaną historią, albo ściśle wiąże się z osobami, które opowiadają takowe. Łączą je też realia – akcja osadzona jest w świecie, który niektórzy czytelnicy mogą znać z Pieśni oberżysty, powieści Beagle’a, u nas wydanej dwa razy w latach 90. Same Olbrzymie kości w Polsce ukazały się w 1998 roku. W ogóle nie trzeba znać Pieśni – te opowiadania bronią się jako samodzielne utwory. Ba, z jednym niewielkim wyjątkiem nie łączą się między sobą fabularnie, więc można spokojnie czytać po tekście co jakiś czas.

Ostatnia pieśń Sirit Byara to historia, którą dyktuje wędrowna wojowniczka, nakazując płatnemu skrybie jej spisanie – na dodatek to opowieść o opowiadającym, tytułowym Siricie Byarze, najsłynniejszym bardzie tych krain. Na otwarcie w sam raz, chociaż w tomie są lepsze. Tragiczna historia komediantów Jirila to opowiadana w knajpie przy piwie anegdota o tym, jak tytułowa trupa straciła swój „stały” teatr i musiała przedzierzgnąć się w trupę objazdową, a w tle mamy politykę i szereg zdrad – czyli znowu opowiadanie o opowiadających (bo teatr to historie!). No i Olbrzymie kości, czyli bajka na dobranoc, którą zniecierpliwiony ojciec snuje niechcącemu spać synkowi, wyjaśniając mu zawiłości ich historii rodowej. To trzy niezłe, całkiem wciągające teksty, momentami humorystyczne, czasami tragiczne – i pachnące klasyką fantastyki. Fajne, ale nie tak dobre jak pozostałe.

Czarodziej Karakosk to tytuł legendy, którą bard opowiada w karczmie – o skromnym wieśniaku, którego los obdarzył gigantyczną mocą, i o podstępnej, żądnej władzy królowej. Czyta się to pięknie – jak baśń z morałem. Dalej są dwie poniekąd łączące się historie. Lal i Soukyan to jedyna nie-opowieść: tekst o dwójce staruszków, niegdysiejszych wojowników i łotrów, którzy wyruszają w podróż, by odkupić winę sprzed lat i uspokoić sumienie jednego z nich, z akcją prowadzoną standardową narracją. Jednak do tematu ogólnego pasuje: tytułowa Lal jest szamanką czy wiedźmą, która przekazuje kolejnym pokoleniom opowieści ich ludu. A w Opowieści Choushi-wai słuchamy, jak jej uczennica snuje historię o pewnym królu, pewnej wieśniaczce, pewnym złodzieju i pewnej mówiącej rybie – przyjemną, magicznie wciągającą. To naprawdę dobrze napisane opowiadania, przypominające mi jako czytelniczce czy to lekturę Mgieł Avalonu, czy Był sobie raz na zawsze król. Troszkę poetycko, bardzo płynnie, ze stylizacją na język mówiony – no miodzio!

Jakkolwiek zaznaczę, że ten miód płynący czasem psują redakcja i korekta – mamy troszkę błędów ortograficznych drugiego stopnia czy nieco dziwne sformułowania, nad którymi można się na chwilę zawiesić. Ale jest to do zniesienia!

Więc jeśli szukacie takiego przyjemnego klasyka, czegoś dla oderwania się, odpoczynku, nie za długiego – to Olbrzymie kości są w sam raz. I mimo że książka ukazała się raz, ponad 20 lat temu, to nadal można dostać ją w drugim obiegu – już za 5-10 zł. Warto się zainteresować 🙂

2 myśli w temacie “Peter S. Beagle „Olbrzymie kości”, czyli powrót do przeszłości [recenzja]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s