Margaret Atwood „Oryks i Derkacz”, czyli kochanie, zabiłem dzieciaki [recenzja]

Postapo to specyficzny podgatunek. Można zrobić z niego sensacyjną strzelankę z mutantami w tle, nostalgiczną opowieść o samotności albo… jasny i wyraźny przepis na koniec cywilizacji. Tak ja zrobiła Margaret Atwood w Oryksie i Derkaczu.

Ta powieść to synteza i analiza końca. Zabiera nas w odległą przyszłość, gdzie Yeti – zdziwaczały pustelnik – wegetuje obserwując grupę humanoidalnych istot rodem z laboratorium, stawiając się  przy tym na pozycji proroka nowej religii. Religia opiera się na wierze w Oryks i Derkacza – parę bóstw, które miały stworzyć świat. Oczywiście nic nie jest takie proste.

DSC_1134.jpg
Koniec świata na końcu świata, gdzieś na tatrzańskiej ścieżce.

Powieść opiera się w dużej części na retrospekcjach Yetiego – z czasów, gdy świat całkiem nieźle sobie jeszcze radził, a sam Yeti miał na imię Jimmy. Urodzony w uprzywilejowanej rodzinie, opowiada nam z perspektywy dziecka ze złotej klatki o rzeczywistości przyszłości: ogromnym podziale klasowym, szalejących zarazach, problemach z żywnością, sztywnych społecznych rolach, przestępczości, zanurzeniu się ludzi w deprawacji i pornografii, obojętności wyższych klas wobec wydarzeń dookoła. Sam jednak szybko stał się zgorzkniały, gdyż jego zdolności pozostawały daleko w tyle za oczekiwaniami rodziny i społeczeństwa. Został nikim, póki nie pomógł mu szkolny przyjaciel, Derkacz. A potem stał się najważniejszą osobą na świecie – bo przyłożył rękę (no, bogiem a prawdą raczej penisa) do tego, co ostatecznie stało się z ludzkością.

oryks i derkacz.jpg

Atwood ma bardzo dobry warsztat, dlatego z opowieści w gruncie rzeczy psychologicznej stworzyła zgrabny szkielet dla komentarza społecznego w stylu dawnych SF. To taka literatura, której bliżej do pięknej niż do rozrywkowej. Autorka bez problemu podźwignęła zadanie niesplątania skomplikowanych wątków, płaszczyzn czasowych i myślotoku bohatera. Doskonale poradziła też sobie z pokazaniem nam kompleksowego i realistycznego obrazu upadku, mimo prowadzenia narracji pierwszoosobowej – z założenia niepełnej, gdyż bohater wiedzieć wszystkiego nie może. Interesująca jest również warstwa językowa: masa w tej książce neologizmów i przedziwnych zrostów, jak „świniony” czy „kurczakiść”. Robi językowy klimacik – a tłumaczka poradziła sobie z nimi śpiewająco.

świniony.jpg
Wspomniane świniony – świnie zmienione genetycznie w farmy organów wymiennych dla ludzi. Rys. Jason Courtney

Yeti to postać wyjątkowa literacko, bo wybitnie niesympatyczna. Rzadko zdarza się, by autor wybrał na przewodnika po świecie przedstawionym kogoś tak zagubionego, samolubnego i momentami nijakiego – a jednocześnie sprawił, że bohater ten jednak nie odrzuca nas od lektury. Możliwe, że to dzięki przedstawieniu go kiedyś i dziś, w kontrastujących scenach pokazujących jego popadanie w lekki obłęd, sportretowanie jego słabości, które znajome są zwykłemu zjadaczowi chleba.

Mimo jednak tych wszystkich zalet, Oryks i Derkacz nie przypadły mi do serca. Doceniam poziom literacki, doceniam sprawny warsztat, ale nie jestem w stanie polubić tej książki. Brakuje w niej wyraźnych emocji, dających czytelnikowi tego literackiego kopa, dla którego chce przewracać coraz szybciej kolejne kartki. Relacja Yetiego jest częściowo wręcz beznamiętna – więc trudno się nią przejąć. W żaden sposób nie zachęciła mnie do sięgnięcia po kontynuacje – napisane zresztą lata później – czyli Rok potopu oraz MaddAddam. Czytałam nie z ciekawości, raczej dlatego, że było bezboleśnie i zgrabnie, więc nie męczyłam się lekturą. Jeśli miałabym wystawić subiektywną ocenę liczbową, dałabym równe 6/10 – jako powieści z mojego punktu widzenia nijakiej i nieporywającej, ale z +1 za poziom literacki.

I co zrobić, gdy rozum mówi „tak”, a serce jednak kręci głową na „nie”? Zdecydujcie ,czy sięgniecie po tę powieść – bo cóż więcej mogę.

za-duzo-ksiazek

10 myśli w temacie “Margaret Atwood „Oryks i Derkacz”, czyli kochanie, zabiłem dzieciaki [recenzja]

        1. Docisnąć… Mój boże, czytelnicy ery internetowej, nie docenią pięknego języka, nie docenią wyrafinowanego dowcipu, nie docenią świetnie zbudowanych bohaterów – ma być pierdolnięcie, może być bez sensu, byle było.

          Polubienie

          1. Pierdolnięcia może generalnie nie być – ale emocja być powinna. To nie epoka „Nad Niemnem” przecież, że całość książki pisana jest równo pod linijkę, byle wyższy cel edukacyjny dopelnić 🙂

            Polubienie

  1. Och, a ja czytałam jak zaczarowana, dniami i nocami. Każdą część!
    Bardziej ważne było dla mnie to, CO Atwood pisze, niż JAK pisze (choć oczywiście pisze doskonale). Znaczeniowo Atwood wygrywa na całej linii, a lekko beznamiętny (bez pierdolnięć i wybuchów) przekaz tylko podkreśla to, co znalazłam w powieści.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s