Arthur C. Clarke „Koniec dzieciństwa”, czyli groza utopii

Oto scenariusz znany nam z każdego kinowego hitu SF: gigantyczne statki Obcych pojawiają się znienacka nad największymi miastami świata. Następnym krokiem jednak, zamiast widowiskowej rozpierduchy rodem z Dnia Niepodległości, jest koegzystencja, poddanie się i nastanie złotego wieku ludzkości.

Tak zaczyna się Koniec dzieciństwa. Jeśli spodziewacie się, że będzie to standardowe SF o pierwszym kontakcie, zawiedziecie się. Każda z trzech części, na które jest podzielona, stanowi całostkę dotykającą nieco innego problemu – i etapu – wizyty Zwierzchników, jak ludzie nazwali istoty, które zaprowadziły nowy porządek na Ziemi. W pierwszej widzimy początek i przebieg wielkich przemian: końca wojen, przemocy, niepotrzebnej śmierci. W drugiej, pół wieku później, obserwujemy szczyt rozwoju ludzkości: okres wolności, pokoju, rozkwitu sztuki i nauki, gdzie autor podrzuca nam jednak niepokojące elementy wskazujące, że nie do końca mamy do czynienia z utopią. A w części trzeciej sytuacja się wyjaśnia.

 

Arthur C. Clarke napisał konstrukcyjnie bardzo prostą opowieść – jak widać powyżej – jednak zamieścił w niej ogrom treści. Po części jest to zapis nieomal kronikarski, po części przypomina fabularyzowany esej filozoficzny. Poruszone tematy: szczęścia, rozwoju ludzkiej rasy, kontroli, ale też nauki, religii, istnienia bogów, doskonale pasują do założeń klasycznego SF; tu dodatkowo zostają rozwinięte w interesujący, chociaż ostatecznie słodko-gorzki sposób, gdyż zakończenie jest… jednocześnie pozytywne i negatywne. Na dodatek Clarke ma świetne pióro – a i tłumacze, Zbigniew Królicki i Andrzej Sawicki, oddali płynność języka autora i jego unikalny sposób jasnego pisania o trudnych sprawach.

impressive.gif

Nie obyło się też bez potknięć. Początki Końca dzieciństwa to rok 1953. Z tego powodu co jakiś czas natrafiamy na anachronizmy, nas dzisiaj gryzące w oczy. Przykładowo zaludniona Ziemia liczy sobie 2,5 mld mieszkańców – co z naszej perspektywy jest pieśnią przeszłości. Podobnie postaci używają urządzeń co najmniej przestarzałych, nawet w epoce gwałtownego rozwoju nauk – z jednej strony mamy supernowoczesne latające pojazdy, z drugiej minikamery z metrami taśmy. Zwątpienie – po latach także w autorze, jak wynika ze wstępu – budzi też wątek paranormalny, wtedy dość modny w literaturze, dzisiaj przynależny raczej powieściom w stylu retro horrorków.

Nie bez powodu Koniec dzieciństwa uznawany jest za klasykę SF. Tworząc kronikę przyszłych lat ludzkości, Clarke pokazuje, jak cywilizacja wchodzi w wiek dojrzały – i co za tym idzie, w etap utopii o gorzkim posmaku. To dziwna, ale też piękna i przemyślana książka, od której trudno się oderwać.

Tekst oryginalnie ukazał się w portalu IGN Polska – zapraszam!

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Arthur C. Clarke „Koniec dzieciństwa”, czyli groza utopii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s