„Alita: Battle Angel”, czyli takie ładne, takie głupie [recenzja]

Emocje nieco opadły, więc mogę na spokojnie napisać kilka słów o szeroko ostatnio omawianym filmie: Alita: Battle Angel. Słów raczej negatywnych, ale nie do końca.

Film adaptuje mangę Yukito Kishiro Battle Angel Alita (tytuł odwrócili tak, żeby się nie pomyliło chyba; tu dodam, że oryginał japoński nosił tytuł Gunmto amerykański wydawca zmienił), a dokładniej jej plus minus dwa pierwsze tomy. Fabuła wygląda więc tak: za 500 lat Ziemia jest w większości zniszczona; ludzkość przetrwała tylko w MIeście Żelaza – wielkim slumsie – i w niedostępnym, podniebnym Zalemie. Doktor Ido, na co dzień altruistycznie składający do kupy częściowo zcyborgizowanych mieszkańców dolnego miasta, znajduje na śmietniku cudownie ocalały fragment mechanicznego ciała z żywym mózgiem. Odratowuje właścicielkę, daje jej nowe ciało i nazywa Alitą. Traktuje ją jak córkę, ale oczywiście nic nie jest takie proste: nocami Ido walczy ze zbrodniarzami jako Łowca Wojownik, a Alita szybko chce do niego dołączyć, szukając sposobu na odzyskanie wspomnień. Do tego dochodzi wątek romantyczny i voila – mamy Alitę: Battle Angel.

alita zapan.jpg
Ktoś tu sie nauczy, że dziewcząt się nie bije.

W mandze ten nieco dziwny pomysł na fabułę sprawdza się znakomicie. W filmie, niestety, niekoniecznie. Po początkowych scenach, w których dotknięta amnezją Alita uczy się świata, dostajemy już typowy teen flick połączony z brutalnym cyberpunkiem. Z jednej strony mamy walki z mordercami i szaleńcami oraz intrygę Zalemu (walki, w których głowy latają na prawo i lewo i tylko niebieska krew ratuje ten film przed R-18), z drugiej – pierwszą miłość, Wielkie Uczucie, które zmienia życia młodych, nastoletnich bohaterów i sceny stalkingu rodem ze Zmierzchu. Co tu się zadziało? Nie wiem, ale scenarzyści powinni dostać kopa w zadek i zacząć pracę w jakimś miłym NGO, pomagając bezdomnym – wtedy przynajmniej byliby przydatni. Fabularnie Alita nie spina się: skacze od Lasa do Sasa, nie wiadomo, czy to w końcu film dla dorosłych czy nastolatków, ostatecznie po prostu nudzi.

Jednak duet James Cameron (producent) i Robert Rodriguez (reżyseria) udowadnia, że nawet z takiej chałki potrafią zrobić coś zarąbistego. Siła Ality: Battle Angel tkwi w dwóch rzeczach: cudownie wykreowanych efektach specjalnych i doskonałych scenach walk.

alita iron city.jpg
Żelazne Miasto w „Alicie” żyje i wciąga

Miasto, cyborgi i sama wielkooka Alita są zrobione tak dobrze, że trudno oderwać od nich wzrok. Nie ma tu specjalnie efektu doliny niesamowitości, nawet nienaturalna twarz głównej bohaterki szybko staje się dla nas czymś zwyczajnym. Mimo że brak tu tego brudu i eksponowania mechanicznych ulepszeń na każdym kroku, które serwuje nam oryginał, całość wizualnie to perełka kina przygodowego/akcji/SF.

alta-trening-walk.gif

Z kolei Rodriguez z każdej pulpy wyciągnie coś widowiskowego i zrobi z tego przyzwoity kawałek oglądadła. Pamiętacie Sin City czy Planet Terror? No właśnie. Także tutaj, mimo scenariusza pisanego przez licealistów po maratonie rom-comów, dostajemy na przykład genialnie zrobione sceny akcji. Walki na arenie motorballa, w podziemiach Żelaznego Miasta czy na ulicach to cukiereczki wizualne; mogłabym je puszczać w kółko. Dziękuję, pan Rodruguez!

Ogółem można się na tym filmie pobawić, ale nie ma się co spodziewać wiele. Największą ciekawostką jest tu fakt, że ponieważ nie dało się rozbierać głównej bohaterki (robotyczne ciało, duuh), to rozbierano jej amanta. Najlepszy popis aktorstwa dał Christoph Waltz, jakkolwiek Mahershala Ali też mi wpadł w oko. Muzyka była ok. Fabuła słaba. Efekty i walki grzechu warte. Sami zadecydujcie, czy to Wam odpowiada.

I koniecznie przeczytajcie mangę!

alita-manga-art.jpg

7 myśli w temacie “„Alita: Battle Angel”, czyli takie ładne, takie głupie [recenzja]

  1. Ładne to było, też mi się podobało, ale nie miałam wymagań zbyt wielkich.
    Manga jest zacna.
    Myślę też, że na twórcach Ality była mniejsza presja niż na twórcach GiTS-a. Do tego najgorsza adaptacja mangi i anime już się wydarzyła (GiTS), więc można iść dalej.
    A do tego Christoph Waltz powinien zostać ojcem roku ❤ Miałam takie feelsy ❤

    Polubienie

  2. Nie znam mangi, ale film był słaby. Całościowo się zupełnie nie skleja. Gdybym nie wiedział że za kółkiem siedzi Rodriguez, to bym w życiu nie powiedział że to jego film. Nie ma nic z „niego”. Widać że Cameron sterował z tylnego fotela – co zresztą potwierdza progs z serii „making of”

    Ładne i owszem. Alita jak z mokrego snu księdza.
    Ale ogólnie – film głupi, nie wiadomo co z czego.
    GITS movie przy tym, to arcydzieło.

    Polubienie

  3. No cóż. Lepiej późno niż wcale. Film „Alita: Battle Angel” był jednym wielkim testem na empatię. Jak widać na załączonym obrazku „aŁtor” recenzji oblał go w całości.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s