Zamów sobie żonę chociażby dzisiaj – czyli o mail order brides [MYŚLI LUZEM]

W ostatnich dniach, podczas dwóch losowych rozmów, zorientowałam się, jak niesamowicie mało znanym (wręcz nieznanym), a przy tym fascynującym tematem są… żony zamawiane pocztą, oryg. mail-order brides. Słyszeliście? Sądząc po reakcjach moich znajomych, duża część z was w tym momencie też mocno się zdziwiła.

Jeśli tekst jest nieco chaotyczny, przepraszam – materiału jest masa, a jeden ciekawszy od drugiego.

Mail-order brides, czy też „żony ze zdjęcia”, to zjawisko kontrowersyjne, ale niezwykle ciekawe. Na ogół opracowania wspominają o jego dwóch źródłach: podboju Dzikiego Zachodu przez białych osadników na początku XIX wieku oraz napływie azjatyckich pracowników fizycznych do USA pod koniec tegoż. Niebezpieczne wyprawy na niezasiedlone jeszcze tereny zachodnich Stanów oraz z Azji Południowo-Wschodniej do Ameryki podejmowali najczęściej samotni mężczyźni – a gdy już wybudowali dom i posadzili drzewo, okazywało się, że nie mają jak znaleźć żony i założyć rodziny.

Przepraszam, czy zamawiał pan żonę?

Początkowo biali osadnicy pisali listy i wysyłali ogłoszenia do gazet i kościołów na wschodzie Stanów. Kobiety odpowiadały listownie, wysyłając swoje zdjęcia. Cały proces zapoznawania się i, powiedzmy, zalotów przebiegał korespondencyjnie, póki kobieta nie uznała, że piszący do niej jest odpowiednim materiałem na męża, w tym takim, który zapewni finansową stabilizację. Nieco inaczej przebiegało to w przypadku pracowników z Azji, gdzie proces był bardziej skomplikowany – listy często musiały przepłynąć Pacyfik. Błyskawicznie powstały agencje matrymonialne, które zajmowały się pośrednictwem między kandydatami i kandydatkami. Jak to wyglądało – o tym za chwilę. Jednocześnie cały proceder rozwinął się dopiero na początku XX wieku, gdy np. USA zezwoliły Japonii na wystawianie paszportów żonom pracowników w USA – w ten sposób kobiety mogły w końcu emigrować do Ameryki, chociaż za cenę małżeństwa, a japońscy pracownicy fizyczni byli w stanie znaleźć partnerkę ze swojego kręgu kulturowego. Tak było w przypadku większości krajów azjatyckich.

article-0-1A03039000000578-585_964x999
Mapa z 1874 roku, na której zaznaczono rozkład płci w USA. Im ciemniej, tym mniej kobiet – ciemne plamy na zachodzie oznaczają miejsca, gdzie często było 20%+ więcej mężczyzn niż kobiet.

Ale dlaczego mówimy o „zamawianej żonie”? W końcu agencja matrymonialna to nie sklep, tak? Otóż troszkę inaczej to wyglądało. Agencje zaczęły tworzyć katalogi handlowe, w których można było znaleźć informacje o potencjalnej żonie: wiek, zainteresowania, umiejętności, wykształcenie, wyznanie i – najważniejsze – zdjęcie. Najczęściej na wpisanie się do katalogu decydowały się kobiety z Europy Wschodniej, z terenów dzisiejszej Ukrainy, Rosji, Polski, Białorusi, Czech, szukające nowej drogi życia na bardziej rozwiniętym i legendarnie bogatym Zachodzie. Po otrzymaniu katalogu mężczyzna wybierał, które kobiety go interesują, a agencja pośredniczyła w przekazywaniu korespondencji, załatwianiu formalności, zorganizowaniu podróży i w końcu – ślubu. W części azjatyckiej panował ściślejszy podział na kraje, a nawet ich regiony – Japończycy woleli Japonki, Chińczycy Chinki itp., często opierając się także na rekomendacjach rodzin. Tu proces przebiegał też nieco odmiennie – cała sprawa była załatwiana korespondencyjnie i po zaakceptowaniu kandydatki przez rodzinę męża (oraz odwrotnie), kobieta była wpisywana do rejestru rodzinnego mężczyzny jako jego żona, a potem wysyłana wraz z dokumentacją do USA.

japanese-picture-brides
Japońskie „żony ze zdjęcia” czekające na zarejestrowanie po przybyciu na Hawaje. http://library.uvm.edu

Oczywiście, że znaliśmy się wcześniej, w końcu jest internet

Jeśli myślicie, że żony z katalogu to pieśń przeszłości, grubo się mylicie. W XX wieku usługi „zamawiania partnerki” przeżyły rozkwit w Azji Poludniowo-Wschodniej oraz krajach byłego Bloku Wschodniego (głównie Ukraina, Białoruś, Rosja, Mołdawia, kierunek emigracji: USA, Australia, Kanada, klienci: mężczyźni poszukujący posłusznych, dobrze wychowanych, ładnych żon) i doskonale funkcjonują do dzisiaj. Do grupy chętnych na ożenek dołączyły też, chociaż niezbyt tłumnie, kobiety z krajów Ameryki Południowej. Ba, pojawiła się nawet instytucja „męża z katalogu” – panowie też chcą emigrować i dostać obywatelstwo.

Zjawisko „mail-order brides” dzisiaj najbardziej popularne jest w rozwijajacych się krajach azjatyckich, najczęściej w Tajlandii, na Filipinach, Sri Lance, w Indiach, Tajwanie i w Chinach. Kobiety tam często desperacko poszukują możliwości wyrwania się z zastałych społeczności, ale też biedy, niedożywienia, bezrobocia i gospodarki chwiejącej się pod galopującą inflacją, oraz opcji wsparcia pozostającej w kraju rodziny – wyjazd i otrzymanie obywatelstwa w stabilniejszym regionie to jedna z opcji, nawet jeśli oznacza związanie się na całe życie z obcym człowiekiem w obcym kraju. W skrócie: traktują małżeństwo jak pracę. Co ciekawe, badania wskazują, że te z nich, którym udaje się wyrwać poprzez małżeństwo z mężczyzną z zagranicy, są najczęściej lepiej wykształcone niż ich współobywatelki, ale także niż ich świeżo upieczeni mężowie. Wykształcenie i inteligencja nie zawsze jednak pomagają – jak wskazują oficjalne informacje z agencji, kobiety często są do nich rekrutowane na bazie wyglądu, wieku oraz… dziewictwa. Takie wymagania mają bogaci klienci wobec potencjalnych żon – cóż począć.

rosyjskie żony
Świeżutki screen – żony nadal można przeglądać i wybierać.

Nie wszystko złoto…

Temat żon na zamówienie budzi liczne kontrowersje. Z jednej strony niepokojąco przypomina handel ludźmi (mimo że większość kobiet zgadza się na uczestnictwo w tej wymianie jednak dobrowolnie, chociaż zmuszona warunkami ekonomicznymi), jak podaje Daily Mail – opłaty za sprowadzenie takiej żony to około 10-15 tysięcy dolarów. Z drugiej – w zachodnim społeczeństwie, stawiającym ogromny nacisk na wolność jednostki, tego typu uprzedmiotowienie osoby wydaje się groteskowe i nie do pomyślenia. Po trzecie, motywacje do ustalenia systemu zmawiania żon były często wątpliwe. Przykładowo na Hawajach wspierali go plantatorzy: na początku XX wieku prawnie zakazano sprowadzania pracowników kontraktowych z Hawajów do kontynentalnych Stanów i przyznawania im amerykańskich passzportów, przez co ustał napływ taniej siły roboczej; posiadacze ziemscy uznali, że umożliwiając Azjatom założenie rodzin, utrzymają ich na miejscu i nie stracą wydajnych pół-niewolników, więc lobbowali w rządzie za tym rozwiązaniem.

Nie zapominajmy też o ważnej kwestii: często kobiety, które w ten sposób trafają do obcego kraju, padają ofiarami przemocy różnego typu. Kilka lat temu doszło nawet do oficjalnej skargi złożonej przez rząd Filipin do rządu Korei Południowej na liczne przestępstwa, których dopuszczali się nowi mężowie wobec zamówionych żon: przemocy fizycznej, werbalnej, seksualnej i psychologicznej, izolacji od przyjaciół, rodziny, a nawet zakazów wychodzenia z domów, oszustw podczas rozmów wstępnych (przykładowo 29 kobiet, które miało poślubić Koreańczyków z klasy średniej trafiło do mężczyzn z organizacji przestępczej, którzy zmuszali je do prostytucji). Prasa wspomina także o zgłoszeniach morderstw żon z Wietnamu i Filipin oraz o kobietach doprowadzanych do samobójstwa przez znęcanie się. Podobne zarzuty podnosiły osoby prywatne i organizacje chroniącep rawa człowieka w sprawie żon emigrujacych do USA, Chin i Tajwanu. Znalażłam też przykład z końca lat 80. – kilka kobiet ze Sri Lanki przyjechało do Japonii na dofinansowany kurs obsługi komputera, na który rekrutowano poprzezo głoszenia w gazecie. Pośrednik poprosił kobiety o ubranie się ładnie na spotkanie z Japończykami i podpisanie dokumentów. Jak zgłosiła potem jedna z nich, znana jako Priyani, okazało się, że Japończycy nie byli losowymi mężczyznami, a kontrakty na kurs były umowami małżeńskimi. Gdy zaprotestowała, pośrednik zagroził jej obciążeniem kosztami lotu i hotelu. Kobieta zgodziła się na małżeństwo – dalej historia była dość skomplikowana, pełna falszowanych rozwodów i unieważnień nowych małżeństw. Ostatecznie sprawę rozwiązał sąd w 1991 roku.

żona-korea

Mężczyźni, którzy w krajach rozwiniętych zamawiają żony, często nie są w stanie znaleźć partnerki „standardowo” ze względów czysto społecznych: skłonności do uzależnień, agresji, zaburzeń psychicznych różnego typu, nietypowych i niepożądanych upodobań seksualnych lub fetyszy, które nie pozwalają im na inne nawiązanie znajomości. Żona z katalogu często po przyjeździe nie ma możliwości powrotu czy nawet ucieczki od swojego męża (np. nie zna języka, nie ma dokumentów).

Ciekawym przyczynkiem do dyskusji może być fakt, że badania wskazują na niższy odsetek rozwodów wśród takich opłaconych małżeństw w USA – za to wyższy przemocy domowej o zabójstw. Uwaga: zdarzają się też sytuacje odwrotne, gdy kobieta okrada lub oszukuje swojego nowego męża.

Od początku istnienia instytucji „mail-order bride”, kobiety, które przyjeżdżały do swojego korespondecyjnego męża często trafiały do domostwa, w którym traktowane były jak „służba z benefitem”. Mężczyźni szukali kobiety do ogrzania łóżka, prania, sprzątania i gotowania oraz oczywiście urodzenia dziedzica nazwiska. Na przykładzie japońskich żon na Hawajach widać to było doskonale: kobiety sprowadzone do nieznanych sobie mężów pracowały z nimi na plantacjach za stawkę o 1/3 niższą niż oni, a do tego zajmowały się domem i rodziły dzieci.

eh

Zwykle stawia się nacisk na negatywny aspekt tych małżeństw, jednak nie można być obiektywnym i mówić tylko o nieudanych, makabrycznych przypadkach. Wiele z takich par dożyło starości razem (zwłaszcza w pierwszej połowie XX wieku, gdy aranżowane małżeństwa nie były niczym dziwnym), ale i dzisiaj radzą sobie poprawnie. Niedawno Wired pisało o jednym z takich małżeństw – kobieta wybrana z katalogu mieszkała z mężem 15 lat, aż do rozwodu z powodu jego zdrady. Jak opisano, wiodła dostatnie życie i była całkiem zadowolona z jego poziomu, mimo że jej potrzeby stawiane były zawsze na drugim miejscu w związku. Glamour także pisało o blogerce, która swojego męża poznała przez międzynarodową agencję. Podejrzewam, że sporo takich par całkiem się zaprzyjaźniło, a może nawet pokochało. W kontekście transakcji handlowej wiele tak skojarzonych małżeństw na wiktoriańskich, zachodnich krańcach USA było także udanych, jak podpowiadają opracowania online, a decydujące się na nie kobiety realizowały w ten sposób różne ambicje (np. Mary Walker, która szukała w ten sposób możliwości zostania misjonarką).

żony na zamówienie
Żony, jak podaje internet, francuskie.

Kulturotwórcze znaczenie żon z katalogu

Uwierzcie lub nie, ale instytucja zamawiania żon miała ogromne znaczenie kulturotwórcze podczas tworzenia się podwalin dzisiejszych Stanów Zjednoczonych – nie jestem jednak pewna, na ile w Azji, ze względu na to, że mam bardzo słabe źródła o tym regionie.

Jako przykład podajmy może to, że napływ chińskich i japońskich robotników na przełomie XIX i XX wieku spotkał się z ogromną niechęcią ze strony Amerykanów; popularny był wtedy pogląd zwany „żółtym niebezpieczeństwem” – nie wdając się w szczegóły, powstanie przeciwko kolonizatorom w Chinach miało z tym sporo wspólnego, a i ekonomiczne skutki napływu taniej siły roboczej były nie bez znaczenia. Dlatego zamknięto możliwość sprowadzania Japończykow w 1907 roku. Napływ japońskich żon ponownie rozniecił polityczne ruchy antyjapońskie – wspomnę chociażby, że w samej Kaliforni istaniło 6 oddzielnych organizacji antyjapońskich – dlatego zakazno wydawania im paszportów w 1920 roku. Jednak Japonki (oraz Koreanki), które zdążyły dotrzeć na Hawaje, utworzyły liczne społeczności, skupione często wokół kościołów i świątyń, ale też bazarów i niewielkich biznesów. Kobiety z Azji, które wyjechały od swoich mężów do Honolulu, otwierały sklepy i restauracje, wnosząc zupełnie nowe zwyczaje i kuchnię do kultury. Podobnie słynne Chinatown w Nowym Jorku jest efektem działania osiedleńców, którzy założyli rodziny i społeczności – zamawiając żony z katalogu, a nieznające języka kobiety wytworzyły kulturową enklawę.

honolulu
Książka o koreańskiej żonie zamówionej do Honolulu jest takim bestsellerem, że wznawiano ją już 3 razy w różnych wydaniach.

Co dość niepokojące, „żony ze zdjęcia” są często obecnym tropem w kulturze popluarnej Zachodu. Na GoodReads lista romansów opartych o ten motyw ciągnie się kilometrami,a każdy z tytułów prezentuje romantyczne wizje młodych kobiet i dziewcząt, które z różnych powodów trafiają na Zachód jako żona z katalogu (do wyboru: chcą pomóć rodzinie, szukają nowego miejsca na ziemi, są sierotami i nie ma dla nich miejsca w sierocińcu, uciekają przed niechcianym małżeństwem z gburem, zostały oszukane, uciekają przed zagrożeniem itp.). Ich partner okazuje się być przystojnym ciężko pracującym dżentelmenem, mimo że czasem z klasy robotniczej. Mimo jego szorstkości i jej wielkomiejskich manier, zakochują się w sobie, pokonują pewne niedogodności (porwania czy klęski żywiołowe) i żyją długo i szczęśliwie.

Ale nie tylko tu znajdziemy motyw żony „pocztowej”. W jednym z albumów komiksowych o popluarnym Lucky Lucke’u nasz kowboj eskortuje grupę kobiet wędrujących na Zachód, by poznać swoich potencjalnych mężów. Filmów zatytułowanych Mail-order bride jest kilka, a część z nich to komedie romantyczne. Sam motyw pojawia się jeszcze częściej.

To dość niebezpieczny trend w literaturze kobiecej, legitymizujący tego typu transakcje i obrót zywym towarem, a także zachęcający kobiety do wzięcia udziału w niebezpiecznym procederze; pomyślmy: czy w XXI wieku Amerykanin musi zamawiać żonę, jeśli wszystko z nim ok? Nie wietrzę tu raczej księcia z bajki.

Samozagadnienie jest o wiele szersze i doczekało się w USA licznych opracowań – polecam poszukać. Powyżej jest tylko skrót, bardzo ogólny. Temat – niesamowicie ciekawy!

Zdjęcie główne: Glacier National Park Photo Archives, photo HPF 9871.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Zamów sobie żonę chociażby dzisiaj – czyli o mail order brides [MYŚLI LUZEM]

  1. Co tu dużo mówić, temat zdecydowanie ciekawy. Sama spotkałam się z nim jednak „namacalnie” tylko raz: w „Całe miasto o tym mówi” Fannie Flagg jest o tym dość długi wątek. Niemniej, tam to wygląda zupełnie niegroźnie: ot, farmer szuka żony przez gazetę, bo zakłada nową osadę i na miejscu nie ma nikogo, kto by mu odpowiadał. A to wszystko w absolutnie sielskiej i uroczo naiwnej otoczce.
    Na romanse tego typu jeszcze nie trafiłam, ale ja po prostu raczej ich nie śledzę. A że kobiety lubią „zboczone” i niekoniecznie poprawne treści… Grey i „365 dni” chyba wystarczą jako dowód. XD

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s