Jak nie pisać dla prasy, czyli tekst tendencyjny z dinozaurem w tle [Myśli Luzem]

Ostatnio sporo się denerwuję (a przynajmniej irytuję) w internetach. Dla przykładu: miał tu się znaleźć marudny wpis o plebiscycie Lubimy Czytać, a zamiast tego jest ten o tykającym paleontologii i muzeów felietonie z Polityki. Bo felieton, wybaczcie, jest durny.

Przeglądając Twittera najpierw zobaczyłam zdjęcie ze szkieletem tarbozaura, który w muzeum stoi, więc kliknęłam niejako z automatu – a potem się zdenerwowałm. Tekst nosi tytuł dość znaczący i clickbaitowy: Jak warszawskie Muzeum Ewolucji zniechęca do teorii Darwina. Znajdziecie go tutaj, ukazał się w niedzielę 11 lutego.

O co w nim chodzi? Najwyraźniej autorka, Alicja Karasińska, wybrała się ostatnio do Muzeum Ewolucji w Warszawie i nie spodobało jej się. Wytyka – w sumie słusznie – suche opisy wystawy, brak dokładnych plansz opisujących ewolucję, a tylko poustawianie eksponatów mniej-więcej w odpowiedniej kolejności itp. Tu nie można się nie zgodzić: Muzeum jest stanowczno mało interaktywne, a plansze przypominają te ze szkolnych sal do przedmiotów ścisłych, czytaj: nie są specjalnie fascynujące dla dzieci. Ale tekst nie ogranicza się do wytknięcia niskiej atrakcyjności wizualnej muzeum.

Przy okazji – tę możecie ocenić sami na tzw. wirtualnym zwiedzaniu’, czyli zdjęciu panoramicznym 360, najbardziej multimedialnym materiale na stronie ME. Która, swoją drogą, wyraźnie pokazuje, że Muzeum Ewolucji jest najzwyczajniej niedofinansowane:

muzeum-ewolucji-warszawa.JPG
Yup, to strona Muzeum Ewolucji Instytutu Paleobiologii PAN. Owszem, wygląda jak projekt na informatykę w liceum.

Felieton zaczyna się wprowadzeniem o statystyce dotyczącej tego, że niemal 1/4 Polaków nie wierzy w teorię ewolucji.

Dlaczego antynaukowe teorie nie znikną, a liczba kreacjonistów będzie w najbliższych latach rosnąć? Jednej z odpowiedzi dostarcza wycieczka do Muzeum Ewolucji w Warszawie.

Podana jest statystyka, cytowany Marian Kowalski, generalnie autorka przypomina czytelnikom to, co już wiedzą: no słabo jest u nas z wykładaniem nauki. Dalej mamy śródtytuł Kreacjonizm w natarciu, nauka w letargu, który zaczyna się:

O taki stan rzeczy najczęściej posądza się media, nauczycieli szkół podstawowych i Kościół katolicki. (…) Ale wycieczka do Muzeum Ewolucji w Warszawie rzuca zupełnie nowe światło na sprawę i ujawnia dodatkowych winnych – naukowców, którzy zawodowo zajmują się właśnie ewolucją.

Dalej jest już z górki: opis muzem, gdzie jest, co w nim znajdziemy, rzucone z przekąsem, że bez doktoratu z paleontologii wizyta w ME nie da zwiedzającym nic, bo nie wyjaśniono dokładnie, stopka po stopce, procesów ewolucji oraz wielkich wymierań i kolejnych „kroków milowych” jak wyjście na ląd. Autorka zarzuca na przykład, że w Muzeum

Nie dowiemy się, na czym polega ewolucja, mechanizm doboru naturalnego ani czym są brakujące ogniwa.

Więc rodzice, nie mogąc znaleźć informacji tego rodzaju na wystawie, są w kropce. Jednak poprawcie mnie, ale to powyższe jest nauczane na lekcjach biologii, że nie wspomnę o obecności w mediach tzw. wiedzy powszechnej, więc licealista i dorosły na ogół to wie – a grupy szkolne przychodzą do ME z przewodnikiem, który im tłumaczy po kolei, co się zadziało i dlaczego. Ale ok, mogę uwierzyć, że autorka tekstu nie wie, jak pi razy oko ewolucja przebiegała, w końcu nie każdy musi mieć wiedzę tajemną.

Mogę też sięgnąć w tym miejscu do własnych odwiedzin – za każdym razem, gdy na aktualnej wystawie w Muzeum czegoś nie wiedziałam, kustoszki albo wyjaśniały, albo informowały, gdzie mogę znaleźć takie wiadomości (era smartfonów, hej!), a raz nawet dostałam propozycję przyprowadzenia paleontologa, który akurat był w okolicy. Jak dla mnie to całkiem ok źródło, muszę przyznać. Rozumiem jednak, że nie każdy może chcieć pytać albo szukać informacji poza tablicami – ok, jego prawo. Jak wspomniałam – w Muzeum są pewne braki w zakresie pomocy naukowych. Tu akurat kijek ma dwa końce.

maxresdefault

Dalej dowiadujemy się, że to naukowcy chcą, żeby opisy były „porządne i naukowe”. Co ciekawe, jest to potraktowane jako zarzut, podbite ironią, że inaczej będzie „wstyd przed kolegami”, więc nie ma sensu tworzyć opisów dla „zwykłych ludzi”.

Felieton kończy się gorzkim:

Bo to, że rodzice nie potrafią wytłumaczyć dziecku historii powstania życia na Ziemi, nie znaczy, że są niedouczeni. Postanowili wykorzystać wolny weekend na naukę, za co z miejsca należy im się medal. Tymczasem może sami zaczną się zastanawiać, czy kreacjonizm nie jest bardziej logiczny.

Nie jestem członkiem grupy reprezentatywnej, biorąc pod uwagę, że mogę swobodnie użyć w rozmowie słów tak skomplikowanych jak „fosylizacja” czy ułożyć w odpowiedniej kolejności trias, jurę i kredę. Jednak moi bliżsi i dalsi znajomi, którzy zwracają się do mnie z pytaniami pokroju „czy dinozaury robiły kupę” (true story), „dlaczego żółwie i krokodyle nie ewoluowały w dinozaury” oraz „czy lis to ewolucyjnie taki pies, tylko mniejszy”, nie mają problemu z pojęciem zasad funkcjonowania teorii ewolucji na poziomie podstawowym: co zamieniło się w co, na jakiej plus minus zasadzie i dlaczego (czyt. konkurencja – szukanie nowych źródeł pożywienia i bezpieczeństwa).

Co więcej, nie ma z tym szczególnego problemu nawet moja 80-letnia babcia, pominąwszy może kwestię przyczyn, a powiem szczerze, że mieszka w drewnianej chałupie na wsi, w której nie ma nawet sklepu spożywczego, a co dopiero księgarni i internetu. Nie powiem, nieźle sobie z tym radzi także zerówkowicz, kuzyn męża, który lekcji biologii i przyrody jeszcze nie miał – ale ogląda telewizję i czyta książeczki dla dzieci, więc wie, że najpierw były ryby, mięczaki i stawonogi, potem brakowało jedzenia, więc zaczęły wychodzić „na plażę” itd. Przykładowe źródła jego wiedzy – tak skomplikowane lektury zrozumie chyba każdy zabiegany rodzic?

 

Ale czego ja się czepiam?

Ten felieton powinien wyglądać inaczej. Powinien wskazywać problem Muzeum Ewolucji i pociągnąć go dalej: jest ściśnięte w 3 niskich, ciemnych salach i 2 korytarzach, niektóre eksponaty mają swoje lata, a stan materiałów multimedialnych (w tym tablic) mógłby być lepszy. Strona jest słaba i rzadko aktualizowana, materiały graficzne są kiepskiej jakości, a życie placówki toczy się raczej na Facebooku niż na oficjalnej witrynie. I tu autorka powinna sobie – mimo że to „tylko felieton” – zadać pewien trud: zapytać PAN i władze muzeum, o co chodzi. I pokazać, nawet na przykładzie tych niedociągnięć, że problemem nie jest „zniechęcanie do teorii ewolucji”, a niedofinansowanie polskiej nauki, zwłaszcza takiej mało sexy jak paleontologia – bo Polacy rzadko odkrywają zajebiaszcze szkielety tyranozaurów, a częściej zajmują się roślinami czy mięczakami. Mogłaby też napomknąć o nauczaniu o ewolucji i biologii w ogóle w szkołach, bo to także bywa problemem i traktowane jest dość po łebkach, a w okrojonej ostatnimi reformami podstawie programowej czasu jest na to jeszcze mniej. O tych problemach wspomnieli nawet dyskutanci na profilu Muzeum, zaznaczając konieczność unowocześnienia wystaw.

muzeum-ewolucji-warszawa3.jpg
Wystawa „Zapis kopalny zespołów chemosyntetycznych” – mało fascynująca dla dzieci, trzeba przyznać. Źródło: Facebook Muzeum Ewolucji

A jak mi się zdaje, że powinien wyglądać tekst dziennikarki Polityki?

Widzicie, ja, chociaż piszę tylko notkę na swojego blogaska, którą przeczyta może 100 osób przez najbliższe dwa lata, zadałam sobie ten trud i zrobiłam drobny research: weszłam na stronę Muzeum, sprawdziłam, jakie materiały są dostępne (a znaleźć można np. szczegółowy opis eksponatów po angielsku czy konspekt lekcji o ewolucji w morzach). Weszłam na Wikipedię i sprawdziłam, co napisano o Muzeum. W końcu odezwałam się do ME na FB z pytaniem o to, kto przygotowuje opisy i dostałam odpowiedź w ciągu niecałej godziny, oryginalnie nawet z podpisem paleontologa z PAN, który opiekuje się fanpage’em:

Muzeum jest częścią Instytutu Paleobiologii PAN i naukowcy z tego instytutu przygotowują ekspozycję i opisy. Naszym celem jest opowiadać, jak przebiegała ewolucja życia na Ziemi, a nie odpowiadać na nienaukowe zarzuty antyewolucjonistów. 
Autorka felietonu, zamiast zrobić chociaż takie minimum jak ja wyżej, po prostu napisała blogaskowy rant, w którym na dodatek – dzięki zestawieniom i śródtytułom – wskazuje mniej uważnemu czytelnikowi, jakoby Muzeum Ewolucji i pracujący w nim naukowcy po cichu wspierali kreacjonizm, a przynajmniej mieli w nosie szarego człowieka. Dodała też, że za jakikolwiek rozwój własny i swoich dzieci ludziom muzeum odwiedzającym należą się nagrody – w tonie nieomal sugerującym sypanie im wonnego kwiecia pod stopy. I to wylądowało na stronie głównej jednego z największych polskich tygodników opinii:
4.JPG
Yup, nieewolucyjne Muzeum Ewolucji zawisło między historią Żydów w wykonaniu premiera, antysemityzmem Kaczyńskiego, ustawą IPN i Holocaustem.
Wiecie, wiele rzeczy toleruję, ale nie durnoty pisane w poważnej, zdawałoby się, prasie. Gdybym trafiła na podobny tekst na czyimś blogu, najwyżej posarkałabym w komentarzach i odesłała do stron o ewolucji. Gdy piszemy sobie a muzom, czyli na przykład na blogu, to i emocja niech nas ponosi, i marudźmy do woli na to, że coś nam się nie podoba, nawet gdy nie mamy specjalnie podstaw – od tego są platforma blogowa i komentarze pod wpisami. Ba, przyznam, że sama często daję się ponosić w swoich tekstach, jak widać na tym przykładzie.
Ale artykulik w Polityce tchnie po prostu populizmem i prowizorką, a publikowany jest w ogólnopolskim medium, które ma wpływ na sposób myślenia wielu odbiorców. Felieton jest tendencyjny, bazuje na tym, że autorce muzeum nie przypasowało, bo w sumie brakowało schematu poglądowego ewolucji w pigułce. Chwytliwy tytuł sugerujący, niekompetencję albo nawet spiseg pracowników polskiej nauki, równie chwytliwe śródtytuły – i nic więcej, żadnej wartości dodanej w tekście, chyba że za taką uznać zniechęcenie mnie do częsci niekulturalnej Polityki.
Tak nie powinno się pisać – ani felietonu, ani artykułu. Niezależnie od tego, o czym traktuje.
Zdjęcie główne: szkielet tarbozaura w ME, http://www.uwm.edu.pl

Uwaga, pomagam! Czyli łatwe w przyswojeniu źródła wideo:

Reklamy

9 uwag do wpisu “Jak nie pisać dla prasy, czyli tekst tendencyjny z dinozaurem w tle [Myśli Luzem]

  1. Cóż, Polityka to nie jest dobry tygodnik jeśli chodzi o sprawy naukowe. Ze swej działki – historii – widziałem tam artykuły historycznych półanalfabetów Zielińskiego i Leśniewskiego… Jeszcze tylko Bieszka i Szydłowskiego tam brakuje.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Fenomenalny post (choć nie jestem w stanie bez pomocy internetu ustawić we właściwej kolejności triasu, jury i kredy), oczywiście Twój, bo autorka w tym artykule najwyraźniej się zgubiła, bo choć pomysł w gruncie rzeczy był dobry (pójście do Muzeum jest ok) to potem lekko mówiąc popłynęła. Wydaje mi się, że żeby dojść do tej prawdziwej prawdy, a nie tej łatwo sprzedawalnej, musi się chcieć choć minimalnie, a Pani mam wrażenie, że uznała, że wycieczka do tegoż muzeum to maksimum jej możliwości. Choć po chwili zastanowienia, przypominając sobie jak wyglądają niektóre ośrodki naukowe w kraju, myślę, że jednak nie. Problem niedofinansowania nauki jest tak stały, a już doktoratów to chyba nie dość, że stały to jeszcze stary (choć obawiam się przy Tobie użyć określenia „stary jak świat” :D), że chyba nawet bez chęci jest zauważalny, bo trzaska po oczach. Nawet w tak sexy naukach jak ścisłe, medyczne nie spadają na głowę kokosy. Wielka szkoda, bo autorka artykułu odnosi, odwrotny mam wrażenie od zamierzonego, efekt.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s