Nie czytam vanitów. Ty też lepiej przestań [MYŚLI LUZEM]

Zawsze wychodziłam z założenia, że można spokojnie czytać złą literaturę, jeśli zdaje się sobie sprawę, dlaczego jest zła (przykład: moje radosne uwielbienie romansu historycznego, pełnego kalek i postaci spod tej samej formiarki). Ale nawet ja nie jestem w stanie znieść czytania i chwalenia wydawnictw vanity.

Małe wyjaśnienie: czym jest vanity? To wydawnictwa które książki owszem, wydają – gdy autor im zapłaci.

Autor zgłasza się ze swoim tekstem i już dnia następnego, najdalej po tygodniu dostaje odpowiedź, że książka jest niesamowita i cudowna i trzeba ją wydać. Więc tak połechtany przyszły pisarz, najczęściej debiutant, płaci wydawnictwu kilka-kilkanaście tysięcy złotych polskich, wysyła tekst i w rekordowo krótkim czasie otrzymuje paletę gotowych książek. Zawartości często nie da się czytać.

pexels-photo-259165
Fot. Pexels

Vanity – bardzo droga drukarnia

Wydawnictw „ze współfinansowaniem” mamy w Polsce kilka. Prym wiedzie Novae Res, którego wypłodziny można znaleźć nawet w Empikach – a drukowanie się tam może kosztować autora nawet kilkanaście tysięcy złotych. Poza NR znane są jeszcze Psychoskok, Poligraf, Warszawska Grupa Wydawnicza – z tymi miałam do czynienia osobiście niejako – a znajomi podpowiadają mi jeszcze takie cuda, jak Sorus, Dziewięć Muz, Rozpisani, Radwan (to chyba już nie istnieje), Sorus i Frel – nie miałam ich książek w rękach, wierzę na słowo.

Skupię się na Novae Res, bo najczęściej jest wychwalane pod niebiosa na grupach książkowych, a jednocześnie wyrosło na symbol patologii. Otóż: to bardzo droga drukarnia z usługą grafika.

W czasach wieloletniej współpracy z pewnym portalem od czasu do czasu trafiały do mnie książki z Novae Res i innych vanitów. I tylko raz zdarzyło się, że dało się tę książkę czytać i była nawet przyjemna: była to Odmiana przez przypadki Michała Puczyńskiego. Jak dowiedziałam się z dyskusji z autorem na pewnej grupie – to zasługa tego, że po zobaczeniu wersji „po poprawkach” w NR, sam ściągnął redaktora i korektę, po czym doprowadził historie w książce do stanu używalności.

105534423o
Polecam, bo sympatyczne.

Bo vanity, widzicie, słyną z tego, że wydają wszystko. W końcu za to im płacą autorzy. Dlatego też niespecjalnie inwestują w takie atrakcje, jak korekta, redakcja i marketing. NR w ciągu ostatnich dwóch lat usprawniło korektę i grafikę (to im przyznaję – uczciwie), ale wcześniej prezentowało typowy dla tego typu firm wydawniczych poziom – czyli żaden. Tego, co wypuszczali, nie dało się czytać. I tu uwaga: nie rozumiem,dlaczego blogi „literackie” często zamieszczają niesamowicie entuzjastyczne recenzje takich książek. Nie wiem, tekst sponsorowany? Czy naprawdę autorom to się podoba? Jeśli to drugie, proponuję jednak zamknąć bloga.

Dygresja o korekcie

Nie dalej jak pół roku temu postanowiłam sprawdzić – to jest ta korekta czy nie? Napisałam do NR z propozycją współpracy korektorskiej. Maila z CV wysłałam koło 20.00, następnego dnia o 9.10 miałam już odpowiedź – ależ oczywiście, pani doświadczenie jest cudowne, na pewno się pani u nas odnajdzie! Najwyraźniej pani w biurze dotarła tylko do punktu „Polonistyka” na CV, czyli tuż pod nazwiskiem i adresem.

Dalej wymieniła stawki. Szczerze? Myślałam, że spadnę z kanapy. Otóż Novae Res proponuje za korektę i redakcję, tu cytat:

Naszym redaktorom proponujemy stawkę 65zł brutto za 40 000 znaków za redakcję (wstępną+ ostateczną) lub 30 zł brutto za 40 000 znaków samej korekty.

40 tysięcy znaków to arkusz wydawniczy. Standardowa książka ma, uśredniając, 10-12 arkuszy. Czyli taki korektor w NR dostanie za korektę CAŁEJ książki 300-360 zł brutto. Na rękę to ok. 60 zł mniej. Redaktor – a uwierzcie, że ta praca nie polega tylko na powiedzeniu, że jest ładnie napisane – dostanie do ręki jakieś 550-600 zł za redakcję CAŁEJ książki.

giphy

W czasie, który trzeba poświęcić na taki tekst, więcej można zarobić na inwentaryzacjach nocnych w supermarketach (~50 zł/noc), wykładaniu towaru albo sprzedaży elastycznych gaci na stoisku przy dworcu.

Czy to wystarczy za podsumowanie jakości korekty i redakcji w NR?

Novae Res psuje książki

Najlepszy przykład miałam ostatnio. Twierdza Kimerydu, którą podesłała mi autorka, była ładnie złamana i miała całkiem ok korektę. Miała też predyspozycje do bycia sympatyczną książką przygodową, awanturniczą, podszytą politycznymi machlojkami. A wyszło co wyszło – czyli masa zmarnowanego potencjału. Wygląda to, jakby redakcja nie poprawiła dosłownie NIC. Ani ścian ekspozycji, ani problematycznych przejść narracyjnych, niepotrzebnych wątków, których nie powinno tam w ogóle być, nieścisłości logicznych… no nic.

okładka-front-749x1024

I tak jest w każdej książce, która wychodzi od NR i innych vanitów, a którą miałam w ręku. Są wydawane taśmowo, redaktorzy (studenci pierwszych lat polonistyki zapewne) poprawia homeopatycznie, dając czasem komentarz, gdy nie zgadzają się, ja wiem, dni tygodnia na tej samej stronie. A każdy autor, nawet najlepszy, popełnia błędy, czasem fatalne dla odbioru książki. I żaden debiutant nie pisze dobrze – nawet gdy ma talent i świetny pomysł, wymaga pomocy specjalisty, który wskaże mu, co w jego dziele nie gra i jak poprawić styl.

Książka potraktowana przez „fachowców” w wydawnictwach vanity, nawet jeśli ma potencjał  i nie jest zła, ale wymaga oszlifowania przez redaktora, po prostu zostanie zepsuta: niepoprawiona, niedorobiona. A za autorem będzie się to logo NR ciągnęło.

Jeśli Puczyńskiemu, o którym pisałam wyżej, udało się wydać coś w porządku – to dzięki jego własnemu zaangażowaniu. Innych przykładów pozytywnych po prostu nigdy nie znalazłam. Za to negatywnych – masę.

Autorzy często nie chcą mówić

W prasie czy na forach pojawiają się czasem wątki o książkach z vanity i wypowiedzi autorów takowych. Pisała o tym Wyborcza, chociaż z pewnymi pomyłkami, Polityka, był duży tekst w Smokopolitan, pewnie było też dużo innych. Autorzy często nie chcą się wspominać o tych doświadczeniach, podkreślając, że utopili dużo pieniędzy i nic z tego nie mają – bo ani dobrze zrobionej książki, ani marketingu. Widziałam jedną wypowiedź pozytywną – gdy autor wydał książkę tak, a nie inaczej, bo po prostu chciał mieć coś swojego na papierze i więcej go nie obchodziło.

german-2547181_640
Paleta książek. Tyle zwykle ma autor w vanity z wydania powieści – poza rachunkiem oczywiście. Fot. Pixabay

Vanity prawie nie promują autorów. Ci nieliczni, którzy trafią do Empiku i innych księgarni, dostaną jakieś wiadomości prasowe, a w skrajnych przypadkach nawet nie muszą specjalnie płacić za swoje książki, to tzw. czarne konie – najczęściej autorki romansideł, które zbudowały sobie dużą bazę fanek wiernie wykrzykujących „och!” i „ach” za każdym razem, gdy „mroczne, błyszczące, czarne oczy Fabia spoczęły na moich krwistoczerwonych wargach, nabrzmiałych od oczekiwania, a moja płeć zapulsowała pragnieniem”. To też chwyt marketingowy tych wydawnictw – coś, co i tak się sprzeda, a przy tym można pokazać na stronie debiutującym autorom na dowód istnienia promocji i marketingu.

Nie czytam vanity

Twierdza Kimerydu była dla mnie przerwą w trzyletniej już ścisłej diecie wykluczającej vanity. Przerwą, która potwierdziła, że te wydawnictwa to naciągacze – którzy potrafią wmówić autorowi wszystko, ale nic mu nie dać poza profesjonalnym składem i logiem wydawnictwa na okładce. Tu uwaga: większość drukarni i zakładów poligraficznych też oferuje profesjonalny skład, za to o wiele taniej.

Godzilla-Nope-Response-Meme

Reklamy

29 uwag do wpisu “Nie czytam vanitów. Ty też lepiej przestań [MYŚLI LUZEM]

  1. Prowadzę bloga z opiniami o książkach, ale to raczej takie luźne spostrzeżenia zwykłego czytelnika i do tej pory nie miałam nawet pojęcia, że Novae Res to vanity, ale już wiem skąd ta parszywa opinia na temat ich książek. Przez okres 2 lat blogowania dopiero ostatnio po raz pierwszy zdarzyło się, że przyjęłam propozycję „zrecenzowania” książki od tego „wydawnictwa”. Jednak to sam autor do mnie napisał, sprawiał wrażenie naprawdę normalnego człowieka, który zgłosił się do mnie, bo ukończyłam kryminologię, więc mogłabym ocenić jego książkę jako kryminolog i to jest naprawdę fajne, a nie gdy ktoś zgłasza się, bo masz dobre statystyki, a potem okazuje się, że nie przeczytał ani jednego Twojego wpisu. Bo co, prawda? Lepiej potem biadolić, że blogerzy źli, że nie profesjonalni. A przepraszam, wcześniej tego oczka nie zobaczyły? Strasznie mnie to irytuje.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wiesz co, normalnie bym się nie odezwał, ale jesteś ostatnią osobą, która może psioczyć na to, że blogerzy są uważani za złych i nieprofesjonalnych – przykłady twojego „bycia złą i nieprofesjonalną” opublikowałaś na swoim blogasku na tony, zresztą dostarczając wielu osobom kupy śmiechu.

      Polubienie

  2. Jakiś czas temu przeczytałam jedną z książek wydanych przez Novae Res, ale nie miałam pojęcia, że to vanity (vanit? Rozumiem, że nazwa wzięła się od angielskiego słowa „vanity”), ba!, nie znałam pojęcia „vanity” w kontekście wydawnictw.
    Książka, o której mówię, to ,,Zbrodnie w Nickelswalde”, autorki nie pamiętam. Kryminał słaby raczej, ale sięgnęłam po nią tylko i wyłącznie dlatego, że akcja (z braku lepszego słowa) rozgrywa się w malutkiej nadmorskiej miejscowości, w pobliżu której się wychowałam.
    Nie tylko sama powieść jako kryminał mnie rozczarowała; rozczarowało mnie również przedstawienie postaci w książce. Autorka zrobiła z nich wszystkich tępych wsioków (w info o autorce przeczytałam, że od lat przyjeżdża do tejże miejscowości na wakacje; cóż- chyba już tu nie wróci).

    Polubione przez 1 osoba

  3. Raz w życiu czytałam książkę, którą autorka wydała na własny koszt. Tragicznie zredagowana, w zasadzie nie można tu mówić o jakiejkolwiek redakcji czy korekcie, ale! Jest jedno ważne ALE. Książka traktuje o rzeczywistości dzieci przebywających w jednym z polskich szpitali dla psychicznie i nerwowo chorych, bardzo ważna, bardzo przykra opowieść. Jestem zdziwiona, że nikt nie chciał tego wypuścić na rynek. Kobieta będąca autorka książki została zwolniona z pracy w konsekwencji jej napisania i mimo ogromnych technicznych niedociągnięć uważam, że powinno ją przeczytać jak najwięcej osób.
    „Dzieci psychiatryka” Sara Romska – oto ona.
    Natomiast cała reszta kiczowatych romansideł lub tandetnych książeczek o liczbie stron 59 z zawartością w postaci wierszyków o miłości – na stos!

    Polubienie

  4. Raz jeden jedyny miałam okazję w ramach współpracy czytać książkę od Novae Res. Jej recenzja nawet nie pojawiła się na blogu, bo nie czułam się na siłach, by ją napisać… Powieść słaba, kiepsko napisana, a fabuła do bólu przewidywalna i momentami aż głupia. Tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że należy tworów od wydawnictw tego typu unikać jak najszerszym łukiem. A na blogach i na Instagramie wiele można spotkać pochwalnych opinii na temat książek od NR czy innych vanity, czego przykładem może być chociażby mocno w ostatnim czasie popularna na bookstagramie „Klątwa przeznaczenia”. Wśród peanów pochwalnych trafiłam tylko na dwie negatywne opinie, a ich autorki zjechały w nich tę książkę od góry do dołu…

    Polubione przez 1 osoba

    1. Na LubimyCzytać vanity też mają zwykle masę świetnych opinii. I tak się zastanawiam: recenzujący nie czytają? Dostają za pozytyw gratyfikację, ja wiem, w podlinkowaniach i książkach? Bo ja jednak nawet nie chciałabym dostawać większej liczby podobnych dziełek.

      Wygooglałam „Klątwę przeznaczenia” – nawet mi wpadła w oko parę razy, chociaż nie wnikałam, o czym miałaby być. Okładkę ma… cóż, słabą 🙂

      Polubienie

  5. Bardzo dobry tekst, dziwi mnie, że dla wielu – odkrywczy, albowiem jakość książek wydawanych tzw. „własnym sumptem” jest – według mnie znana od dawna i nie tylko dlatego, że z tej formy korzystają autorzy „gorszego sortu”. Bo nie tylko tacy korzystają z usług wydawnictw typu NR, zgłaszają się tam i dobrzy autorzy, którzy własnie dlatego,ze wydawca tnie koszty redakcji i korekty tracą swoją szansę na zaistnienie. Jestem agentka i podejmuje się reprezentacji jedynie dziesięciu procent autorów, którzy do mnie trafiają. Nie czytam „vanitow’, bo po prostu nie mam na nie czasu. A swoją droga tez po raz pierwszy zetknęłam się z ta nazwa i chętnie poznam źródło jego pochodzenia,( czyżby zakładało ,ze wydający za własne pieniądze są próżniakami?)) ale tez zaciekawiło mnie Pani sformułowanie o „ściankach ekspozycyjnych” w kontekście tekstu – czy zaspokoi Pani moja ciekawość?

    Polubienie

    1. „Vanity” to skrót z angielskiego „Vanity publishing” – tak za oceanem zaczęto nazywać firmy oparte na takim, hm, modelu wydawniczym i przyznam, że w Polsce zawsze słyszałam to właśnie określenie 🙂 Włącznie z odmianami typu „vanitów” czy „te vanity”.

      I jeśli chodzi o „ściany ekspozycji” – chodziło mi nie o znaczenie marketingowe, a o ekspozycję w tekście: wprowadzanie nowej postaci/lokacji/przedmiotu za pomocą modelu „zdanie o tym, że pojawia się nowa postać + 3 strony jej historii -> wracamy do toku opowieści”. To bardzo… niedobry zabieg, zwykle szkodzi książce strasznie 🙂

      Polubienie

  6. Ciekawy wpis. 🙂 Do listy firm wydawniczych typu vanity można dodać jeszcze takie: Białe Pióro, Czarna Kawa, Red Book. Przeczytałam około dwadzieścia książek wydanych w ten sposób i powiedziałam sobie: nigdy więcej. Ich autorzy mają elementarne trudności z budowaniem zdań w języku polskim, ale uważają się za pisarzy. Kiedy zobaczyli swoje nazwisko na okładce książki i przeczytali pełną zachwytów recenzję (a zawsze znajdzie się bloger, który pochwali gniota), poczuli się dowartościowani i nie gorsi niż Tokarczuk czy Musierowicz. Kiedyś słowo „pisarz” brzmiało dumnie, teraz za pisarza może być uznany każdy…

    Polubienie

  7. Ogólnie jeśli o vanity chodzi, polecam bardzo interesujący eksperyment Pawła Pollaka, jeśli jeszcze nie znasz.;) http://pawelpollak.blogspot.com/2014/09/pszygody-komisaza-maciejewskiego-czyli.html

    Eh, sama też vanity kijem nie tykam – w ciągu tych siedmiu lat istnienia blogaska tylko trzy razy sięgnęłam po taką pozycję (przy czym za pierwszym, nie wiedziałam, że to vanity). Ale zapytań dostałam w tym czasie multum, niektóre miały nawet załączone fragmenty. I te fragmenty przekonywały mnie, że nie warto. Ogólnie mam tak, że jak widzę logo NR, to daję sobie spokój. Nawet notke o tym napisałam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Pollaka pamiętam! On regularnie punktuje twory i wytwory tego typu wydawnictw 🙂

      Do mnie też odzywali się przedstawiciele vanity – nawet gdy tłumaczyłam, odmawiając grzecznie, że nie mam specjalnie liczby wyświetleń, która pozwala z czystym sumieniem brać cokolwiek od wydawnictwa. Nie odstraszało ich to 🙂

      Polubienie

      1. Ja zwykle piszę szczerze, że załączony fragment nie rokuje na pozytywną recenzję, a na niepozytywnej chyba im nie zależy (gorzej, jak fragmentu nie ma).;) Albo że to nie jest gatunek, który czytam (co zwykle jest prawdą, bo większość tego, co dostaję to albo książki historyczne, albo obyczajówki, albo kryminały. A blogasek jest o fantastyce i książkach o zwierzętach XD ).

        Polubione przez 1 osoba

  8. Novae Res mi zwisa i powiewa, podobnie jak reszta podobnych wydawnictw. Owszem, wychodzi od nich wiele słabych książek. Nie zmienia to faktu, że Twój tekst jest pełen kłamstw, uproszczeń, manipulacji i czarno białego spojrzenia na świat. Okropne. Świadczy też o kompletnej nieznajomości realiów rynku wydawniczego – czyli standardowe „nie znam się, ale się wypowiem”. Rozsiądźcie się wygodnie, przygotujcie sobie kawkę, bo będzie sporo czytania.

    Merytorycznie. Jedziemy. „Autor zgłasza się ze swoim tekstem i już dnia następnego, najdalej po tygodniu dostaje odpowiedź, że książka jest niesamowita i cudowna i trzeba ją wydać”. Kłamstwo. Przynajmniej w przypadku Novae Res, na którym skupia się tekst (mówiłam – czarno białe spojrzenie na świat to zły pomysł – każdy wydawca działa inaczej). Novae Res odpowiada po około miesiącu, nierzadko dwóch. Nawet jeżeli to, co napisałaś było hiperbolą, Twój czytelnik tego nie wie, więc manipulujesz. „Więc tak połechtany przyszły pisarz, najczęściej debiutant, płaci wydawnictwu kilka-kilkanaście tysięcy złotych polskich, wysyła tekst i w rekordowo krótkim czasie otrzymuje paletę gotowych książek.”. Kłamstwo. Przynajmniej w przypadku Novae Res, na którym skupia się tekst (mówiłam, że czarno białe spojrzenie na świat to zły pomysł). Proces wydawniczy w Novae Res trwa średnio pół roku. To o wiele dłużej niż w prawie każdym dużym wydawnictwie. Dobrym przykładem jest tu Mróz, który „Czarną Madonnę” skończył pisać w kwietniu, a już w połowie lipca pojawiła się na rynku nakładem Czwartej Strony.

    „Bo vanity, widzicie, słyną z tego, że wydają wszystko.” Kłamstwo. Znowu – w przypadku Novae Res, na którym skupia się tekst (mówiłam, że czarno białe spojrzenie na świat to zły pomysł). Generalnie używanie słów, które uogólniają, takich jak „wszystko”, „zawsze”, „nigdzie”, „każdy” jest bardzo niebezpieczne, bo wystarczy, że znajdzie się jeden kontrprzykład i cała misterna teoria lega w gruzach. Taki kontrprzykład jest znaleźć bardzo łatwo. Swego czasu było głośno o eksperymencie Pawła Pollaka, który chciał sprawdzić jak to jest z tymi wydawcami, m.in. Novae Res i wysłał im mega beznadziejny tekst. Tu rezultat: http://pawelpollak.blogspot.com/…/pszygody-komisaza…. Dla leniwych – wklejam zdanie: „Z pozostałych Novae Res i Witanet odrzuciły propozycję, Radwan i E-bookowo w ogóle nie odpowiedziały.” Czyli jednak nie wszystkie wydawnictwa vanity wydają wszystko! Co za niespodzianka! Piszesz nieprawdę!

    Jedziemy dalej: „NR w ciągu ostatnich dwóch lat usprawniło korektę i grafikę (to im przyznaję – uczciwie), ale wcześniej prezentowało typowy dla tego typu firm wydawniczych poziom – czyli żaden.” Aha, czyli przyznajesz, że NR jest już pod tym względem lepsze niż kiedyś i ich książki jednak daje się czytać? Że się rozwijają, poprawiają jakość? Dlaczego oceniasz firmę po kiepskiej przeszłości, a nie po lepszej teraźniejszości? To tak jakbym przeglądała Twoje wpisy na początku blogowania, na ich podstawie stwierdziła, że z Ciebie dupa, a nie bloger i nawet jeżeli byś się w tym względzie znacząco poprawiła, na podstawie Twoich początków obstawała przy swoim. Brzmi głupio? Równie głupie jest Twoje rozumowanie.

    „Nie rozumiem,dlaczego blogi „literackie” często zamieszczają niesamowicie entuzjastyczne recenzje takich książek. Nie wiem, tekst sponsorowany? Czy naprawdę autorom to się podoba? Jeśli to drugie, proponuję jednak zamknąć bloga.” Nie ma to jak jednym zdaniem pocisnąć połowie blogosfery, w tym znanym i szanowanym blogerom, którzy na czytaniu książek zjedli zęby. Słuchajcie – Subiektywnie o książkach, Wielki Buk – blog literacki, Mozaika Literacka, RzeczGustu i Okiem na Horror – Ebook Book mówi Wam, że powinniście zamknąć blogi!

    „Novae Res psuje książki” – przeczytałaś wszystkie? Absolutnie wszystkie, jakie wypuścili? Nie musisz odpowiadać. Wiem, że nie. Jeżeli wierzyć tekstowi, rozstrzygasz to na podstawie kilku przykładów (sic!), który niedawno wpadły Ci w ręce! Kabaret.

    Wysnuwanie twierdzeń na postawie kilku przykładów to również zły pomysł, manipulacja i oderwanie od rzeczywistości. Rozumiem też, że głosisz wszem i wobec, że „wszyscy muzułmanie to terroryści”, „wszyscy mężczyźni są tacy sami”, „wszyscy kibice to bandyci”? A jak spotkasz na ulicy kilku ludzi, zapytasz ich kogo popierają, powiedzą Ci, że SLD, to na tej podstawie wysnuwasz wniosek, że cała Polska popiera SLD? Brzmi głupio? Równie głupie jest Twoje rozumowanie. „Wygląda to, jakby redakcja nie poprawiła dosłownie NIC. Ani ścian ekspozycji, ani problematycznych przejść narracyjnych, niepotrzebnych wątków, których nie powinno tam w ogóle być, nieścisłości logicznych… no nic.”

    Czytałaś Ty książki Katarzyny Michalak wydawane przez znane i szanowane Wydawnictwo Literackie? Czytałaś książki Videografu, gdzie w wielu masz dokładnie to samo, o czym piszesz (poczytaj sobie krytyczne, merytoryczne opinie na temat ostatniego Dardy)? Czytałaś Ty wydaną przez Muzę ostatnią powieść Bondy, która jest jednym wielkim chaosem? Czytałaś Ty „Wszystko się stało” Joanny Muchy wydanej przez chyba największe w Polsce W.A.B. tylko dlatego, że to znana posłanka? Czytałaś Ty „Inwazję” wydaną przez to samo wydawnictwo, gdzie internet zarzuca autorowi kompletny brak wiedzy geopolitycznej (gdzie był redaktor?)? Idąc Twoim tokiem rozumowania, mogłabym wysnuć wniosek, że powyższe, znane wydawnictwa też niszczą książki. Brzmi głupio? Równie głupie jest Twoje rozumowanie.

    „Autorzy często nie chcą mówić.” – o, tu mamy dobry przykład na kompletną nieznajomość tematu. Jak widzę, nie masz zielonego pojęcia, że w umowie wydawniczej jest zapis zakazujący komentowania współpracy z wydawcą publicznie pod karą pieniężną. Z tego samego powodu nie słyszysz głośnych skarg na Videograf, z którym wielu autorów przepychało się o wypłaty należnych wynagrodzeń. Podsumowując – czarno białe spojrzenie na świat to zło. Podobnie rzucanie ostrych deklaracji „nie czytam vanity bo to zawsze kaszana”!

    Z niewiadomych dla mnie powodów z góry zakłada się, że skoro autor wydaje w vanity, to jego książka okazała się za słaba dla tradycyjnych wydawców. Kompletna bzdura i uproszczenie. Wiesz, że na przykład do samego Genius Creations (bardzo mała oficyna) przychodzą miesięcznie setki propozycji wydawniczych? Dowód: https://geniuscreations.pl/propozycje-wydawnicze/ Skoro do nich przychodzą setki, to ile przychodzi do większych wydawnictw? Tysiące?

    Naprawdę sądzisz, że wszystkie są czytane? Naprawdę sądzisz, że nie ma przypadków odrzucania tekstów tylko dlatego, że są w takim, a nie innym gatunku (na przykład polskiego horroru w dużej oficynie nie uświadczysz, z pojedynczymi wyjątkami jak ostatnio Mróz, który jest na tyle znany, że wydadzą pod jego nazwiskiem nawet największy szit)? Naprawdę sądzisz, że nie ma przypadków odrzucania tekstów tylko dlatego, że mało doświadczony autor nie potrafił się sprzedać w mailu, przez co jego tekstu nawet się nie otwiera? Naprawdę sądzisz, że jest niemożliwa sytuacja, w której do wydawcy przychodzi naraz kilka dobrych tekstów i siłą rzeczy musi niektóre odrzucić, bo plan wydawniczy nie jest z gumy? W ogóle nie rozważasz takich przypadków, a szkoda.

    Trochę lodu na głowę, bo świat naprawdę nie jest czarno biały i nawet w vanity da się trafić na perełki. Rzadko, ale jednak. I fajnie, że są jeszcze blogerzy (chociażby wymienieni przeze mnie), którzy w przeciwieństwie do Ciebie to wiedzą.

    Polubienie

    1. Albo jesteś pracownicą wydawnictwa, albo autorką tam wydającą, albo blogerką, która poczuła się dotknięta, bo twój komentarz to stek bzdur. 🙂 Nie wnikam w znajomość rynku autorki, ale nawet gdybym jej nie znał, to mógłbym potwierdzić jej słowa jako osoba z kilkuletnim doświadczeniem w temacie.

      Polubienie

      1. Wiktor, po facecie, który dodatkowo chwali się „kilkuletnim doświadczeniem w temacie” spodziewałabym się więcej merytorycznego podejścia do tematu, a nie typowo kobiecego „bo tak”. Stek bzdur „bo tak”. To właśnie napisałeś. Masz kontrargumenty? Obal moje. Nie masz? Nie pisz głupot. Bo marnujesz czas i mój i swój.

        Polubienie

      2. „Novae Res odpowiada po około miesiącu, nierzadko dwóch. ”

        Kłamstwo. NR odpowiada nawet tego samego dnia, maksymalnie po kilku. Czyli tak, jak napisała autorka. Sprawdzone osobiście.
        ———-
        „„Z pozostałych Novae Res i Witanet odrzuciły propozycję, Radwan i E-bookowo w ogóle nie odpowiedziały.” Czyli jednak nie wszystkie wydawnictwa vanity wydają wszystko! Co za niespodzianka! Piszesz nieprawdę! ”

        Proszę najpierw zapoznać się z definicją vanity, jak i wydawnictwami współczesnego rynku, bo E-bookowo vanity nie jest, a Radwan od dawna nie istnieje.
        ————
        „Aha, czyli przyznajesz, że NR jest już pod tym względem lepsze niż kiedyś i ich książki jednak daje się czytać? Że się rozwijają, poprawiają jakość? Dlaczego oceniasz firmę po kiepskiej przeszłości, a nie po lepszej teraźniejszości? ”

        Dalszych”dup” cytować nawet nie będę. Przez tę agresję i kolokwializmy tracisz tylko na wartości jako rozmowca. Autorka artykułu tu też ma rację. NR obecnie wypuszcza książki odrobinę lepsze niż kiedyś, odrobinę można porównać do 3%. Ale nadal są to książki, które powinni przekopać od podstaw normalni redaktorzy. Czytam książki NR z ciekawości, z różnymi datami wydania.
        ————-
        „przeczytałaś wszystkie? Absolutnie wszystkie, jakie wypuścili? Nie musisz odpowiadać.”

        Niezła manipulacja. Badania wystarczy przeprowadzić na części populacji, a nie całej i są one wiarygodne. Pojedyncze przypadki odstające od normy natomiast zdarzają się w każdej dziedzinie.
        ————
        „„Autorzy często nie chcą mówić.” – o, tu mamy dobry przykład na kompletną nieznajomość tematu. Jak widzę, nie masz zielonego pojęcia, że w umowie wydawniczej jest zapis zakazujący komentowania współpracy z wydawcą publicznie pod karą pieniężną.”

        Znów niezłe lanie wody i przekręcanie wypowiedzi autorki. O żadnych pieniądzach nie ma mowy z jej strony. Jak i nie ma w umowach wydawnictw vanity klauzuli o milczeniu. To nie umowa o pracę w policji. Mam umowy od kilku firm vanity i nigdzie nie ma czegoś takiego. Autorzy nie mówią o swoich doświadczeniach ze wstydu bądź nie chcą obniżać publicznie wartości swych książek. Zauważ, że w żadnych artykule, w którym jakiś autor chwali się wydaną książką, nie ma ani słowa o tym, że sam za tę książkę zapłacił.
        ———–
        „Z niewiadomych dla mnie powodów z góry zakłada się, że skoro autor wydaje w vanity, to jego książka okazała się za słaba dla tradycyjnych wydawców. Kompletna bzdura i uproszczenie. Wiesz, że na przykład do samego Genius Creations (bardzo mała oficyna) przychodzą miesięcznie setki propozycji wydawniczych? Dowód: https://geniuscreations.pl/propozycje-wydawnicze/ Skoro do nich przychodzą setki, to ile przychodzi do większych wydawnictw? Tysiące?”

        Twoje to kompletna bzdura. I znów manipulacja i zmienianie tematu. Co ma wspólnego tradycyjne wydawnictwo GC z tym, że w innych tradycyjnych wydawnictwach odrzucają propozycje wydawnicze i dlatego autorzy idą do vanity? A do vanity nie piszą tysiące debiutantów tylko niewielka grupka – uwaga – która ma duże pieniądze albo bogatych rodziców. Zwykle wysyłają tam teksty nastolatki i studenci, a 12.000 zł raczej nie mają.

        Dresiarskich nawiązań do polityki i uchodźców nawet nie skomentuję.

        Polubienie

    2. Autorko, pozwoliłam sobie przed akceptacją podzielić Twój komentarz na akapity, bo ściana tekstu była co naj, niej nieczytelna 🙂 Jeśli uważasz, że podział powinien być inny, wyedytuj go, proszę, lub daj mi znać.

      Odniosę się tylko do kilku zdań Twojego komentarza:

      > Czytałam Michalak i pokrewne paskudztwa, które regularnie krytykuję, ale akurat na forach, nie na blogu. Ale jednocześnie ich wydawcy wypuszczają też literaturę, która jest w światowej topce krytyków literackich – więc naprawdę nie ma co porównywać NR czy Psychoskoku do Literackiego.
      > Książki z NR czytałam i 6 lat temu, i w tym roku (a nie tylko „ostatnio, jak twierdzisz) i naprawdę, pod względem poziomu nie zmieniło się nic.
      > „Przeczytałaś wszystkie? Absolutnie wszystkie, jakie wypuścili? (…). Wysnuwanie twierdzeń na postawie kilku przykładów to również zły pomysł, manipulacja i oderwanie od rzeczywistości” – idę do restauracji, zmaawiam danie A. Jest paskudne. Zamawiam B. Jest jeszcze gorsze. Kolejnym razem zamawiam C, D i E, wszystkie ledwie jadalne. Kolejnych nie próbuję, bo szkoda mi zdrowia i pieniędzy. Czy to oznacza, że nie mogę wystawić złej oceny, a moja negatywna opinia jest manipulacją i oderwaniem od rzeczywistości? 🙂
      > Skoro jest zakaz komentowania, to skąd wypowiedzi dla mediów (podlinkowane teksty)? 😀
      > To blog „Matka Przełożona”, nie „Ebook Book”, jak stwierdziłaś, (pozdrawiam! Tu znajdziecie EB: http://www.ebookbook.pl/), więc jeśli mowa o błędach merytorycznych, chyba nie powinnaś specjalnie się wypowiadać przed sprawdzeniem swojego tekstu? 🙂

      Reszty komentować nie będę, ale podziwiam wysiłek włożony w tę epistołę 🙂

      Polubienie

      1. Widzę, Matko Przełożona, że kompletnie nie zrozumiałaś mojego komentarza. A szkoda, bo tak oczytana osoba jednak powinna sobie z tym radzić. W swoim elaboracie nie neguję faktu, że wydawnictwa vanity zazwyczaj wypuszczają szit. Bo wypuszczają. Ale „zazwyczaj” nie oznacza „zawsze”. „Często” nie oznacza „zawsze”. Rozróżnianie tych dwóch pojęć to podstawy języka polskiego, których uczy się nas w drugiej klasie szkoły podstawowej. To raz. Dwa – wskazuję nieprawdy (być może świadome, być może wynikające z niewiedzy), manipulacje i uproszczenia, które piszesz. To fakty, których nie obalisz. Zresztą, w powyższym komentarzu tego nie zrobiłaś, bo zwyczajnie nie masz jak.

        „Czytałam Michalak i pokrewne paskudztwa, które regularnie krytykuję, ale akurat na forach, nie na blogu. Ale jednocześnie ich wydawcy wypuszczają też literaturę, która jest w światowej topce krytyków literackich – więc naprawdę nie ma co porównywać NR czy Psychoskoku do Literackiego.”

        Nie czytasz ze zrozumieniem. Znowu. Nie porównuję wydawnictw vanity do znanych i cenionych wydawców. Nie przyrównuję ich do siebie, bo naraziłabym się na śmieszność. Stosuję jedynie zabieg ironii, by pokazać, jak bzdurne jest Twoje rozumowanie. Na podstawie pojedynczych przykładów wysnuwam wnioski, które wcale nie muszą być prawdziwe. Tak jak Ty.

        „> Książki z NR czytałam i 6 lat temu, i w tym roku (a nie tylko „ostatnio, jak twierdzisz) i naprawdę, pod względem poziomu nie zmieniło się nic.”

        Aha, a w tekście piszesz, że jednak się zmieniło. Cytat:

        „NR w ciągu ostatnich dwóch lat usprawniło korektę i grafikę (to im przyznaję – uczciwie)”

        Teraz pytanie, czy to słaba pamięć, czy pisanie, co ślina na palce przyniesie?

        ” idę do restauracji, zmaawiam danie A. Jest paskudne. Zamawiam B. Jest jeszcze gorsze. Kolejnym razem zamawiam C, D i E, wszystkie ledwie jadalne. Kolejnych nie próbuję, bo szkoda mi zdrowia i pieniędzy. Czy to oznacza, że nie mogę wystawić złej oceny, a moja negatywna opinia jest manipulacją i oderwaniem od rzeczywistości?”

        Znowu stosujesz oderwane od rzeczywistości uproszczenie. Tak, to jest manipulacja. Manipulacją nie byłoby gdybyś podała suchy fakt: te konkretne dania, zamówione wtedy i wtedy były paskudne. To jest fakt, na podstawie którego czytelnik może wyciągać swoje wnioski, błędne lub nie, że restauracja jest słaba. Ale niczego, powtarzam, niczego nie powinno się rozstrzygać na podstawie kilku przykładów na kilkaset możliwych, nawet jeżeli los sprawił, że wszystkie przykłady były negatywne. Wbrew temu, co próbujesz wmówić, nawet jeżeli codziennie przez tydzień będę bita przez innego faceta, nie oznacza to, że wszyscy to damscy bokserzy. Oznacza to jedynie, że siedmiu z nich to damscy bokserzy.

        „Skoro jest zakaz komentowania, to skąd wypowiedzi dla mediów (podlinkowane teksty)?”

        Naprawdę zadajesz to pytanie, czy to śmiesznostka? Według Ciebie występowanie przypadków łamania ustaleń i przepisów świadczy o tym, że te ustalenia i przepisy nie istnieją? Co za bzdura! Znowu upraszczasz świat. Występowanie takiego zapisu w umowie to fakt i tu nie ma nawet nad czym dyskutować. Nie dopuszczasz, że rozgoryczeni autorzy mogą po prostu nie bać się kar albo nie pamiętać o takich zapisach w umowie? Że mogą ich nie rozumieć albo myśleć, że kara akurat za tę wypowiedz im nie grozi? Skąd wiesz, że po tych wypowiedziach nie sądzą się z wydawcą? No skąd? Skąd wiesz, że wydawca, pomimo zapisów w umowie, dla świętego spokoju ich nie egzekwuje, bo potem rozniosłoby się w sieci, że to robi? Świat nie jest czarno biały.

        „> To blog „Matka Przełożona”, nie „Ebook Book”, jak stwierdziłaś, (pozdrawiam! Tu znajdziecie EB: http://www.ebookbook.pl/), więc jeśli mowa o błędach merytorycznych, chyba nie powinnaś specjalnie się wypowiadać przed sprawdzeniem swojego tekstu? ”

        Wybacz, ale to już argument ad personam, a nie ad rem. Przyczepiłaś się rzeczy, która w ogóle nie ma znaczenia w tej dyskusji, byleby się przyczepić. Przykro mi, ale tak się rzeczowej dyskusji nie prowadzi. Tak, pomyliłam się. I umiem się do tego przyznać. Ty – nadal nie.

        Polubienie

  9. Trudno odmówić słuszności głównej tezie Twojego wpisu, ale jedno stwierdzenie jest nie tylko nieuzasadnione, ale prawie na pewno nieprawdziwe:

    „I żaden debiutant nie pisze dobrze – nawet gdy ma talent i świetny pomysł, wymaga pomocy specjalisty, który wskaże mu, co w jego dziele nie gra i jak poprawić styl.”

    Prędzej zgodziłbym się z taką tezą:
    I prawie żaden debiutant nie pisze tak dobrze, nawet gdy ma talent i świetny pomysł, żeby nawet z pomocą specjalisty nie mógł już istotnie poprawić swojego tekstu.

    Polubienie

    1. NR nigdy nie było wydawnictwem vanity, wystarczy trochę poczytać. Niestety u nas w Polsce jest tak, że każdy wie, jak poprowadzić kadrę piłkarską, każdy wie, jak naprawić samochód, nie płacąc warsztatowi i każdy ze szwagrem postawi dom – czyli każdy zna się na wszystkim, a im młodszy, tym lepiej. Znam się trochę na branży wydawniczej i akurat NR jest kozłem ofiarnym firm vanity okradanym z autorów, których promuje – vide K.N. Haner, Gabriela Gargaś, Alicja Sinicka, Agnieszka Łoniewska, Agata Czykierda Grabowska – to są pierwsze przykłady, które mi przychodzą na myśl. Wszystkie debiutowały w NR. Próbujecie porównać wydawnictwo o rzeczywistych ambicjach wspierających debiutantów do jakiegoś vanity. O konkursie Literacki Debiut Roku też pewnie nie wiecie. I o wielkich firmach wspierających ten projekt. A w tym roku ma się już nie odbyć, bo brak kasy – generalnie grunt, żeby komuś dokopać.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s