Królowa Tearlingu - główne

Erika Johansen „Królowa Tearlingu” – brak w tym logiki [recenzja]

Kolejne young adult, które chciałam przeczytać – i kolejna wtopa. Mimo fajnej konstrukcji postaci i skoncentrowaniu się na sprawach bardziej istotnych niż wątek miłosny, Królowa Tearlingu rozbroiła mnie naiwnością wizji autorki.

Erika Johansen to amerykańska pisarka, która serią o Tearlingu debiutowała. I mimo że chwali się tytułem MFA (Master of Fine Arts – odpowiednik magistra, hm, nauk artystycznych) na kierunku uczącym pisarstwa, to w Królowej Tearlingu widać masę błędów warsztatowych dotyczących konstrukcji świata przedstawionego.

Fabularnie nie wydaje się – przynajmniej początkowo – złe. Kelsea to córka królowej Tearlingu, w dzieciństwie ukryta w chatce w lesie, by ochronić ją przed zamachem. 18 lat wychowywała ją para sług jej matki. Teraz, w dniu 19. urodzin, dziewczyna musi dotrzeć do twierdzy pod opieką wiernych Królewskich Strażników i objąć tron – a potem zmienić oblicze królestwa, w którym, delikatnie mówiąc, źle się dzieje.

królowa-teralingu

Ogółem Johansen stworzyła niezłych bohaterów, barwnych, od czasu do czasu szokujących młodocianych czytelników czy to brutalnymi opowieściami (co ciekawe sporo z nich dotyczy gwałtów na okolicznej ludności), czy agresywnym zachowaniem. Nie idealizuje ich, a sytuacja, w którą ich wrzuca – sam środek nadciągającej wojny – to także usprawiedliwienie niedostatków heroizmu i cnót.

I teraz zaczyna się ta gorsza część

Wszystko byłoby ok, gdyby nie założenia, na których opiera swoją powieść Johansen. Mamy tu jedno dotyczące świata przedstawionego i drugie, które dotyczy Kelsea.

Otóż Tearling i sąsiednie królestwa to krainy, które dawno, dawno temu zostały… skolonizowane przez marzących o utopii osadników z USA i Wielkiej Brytanii (!). Porzucili swoje wygodne, zdemoralizowane społeczeństwa, technologię i osiągnięcia nauki, by na statkach dopłynąć do nowego lądu (!!), zabierając ze sobą tylko tak przydatne nowinki, jak dwie książki na głowę (!!!) czy wsadzając wszystkich lekarzy na jeden okręt (!!!!), który oczywiście zatonął w czasie sztormu. Stąd w książce nawiązania do komputerów czy dzieci kłócące się o Harry’ego Pottera. Swoją drogą rola książek w życiu królowej w niemal niepiśmiennym królestwie też wydaje się wyidealizowana i infantylna. Na dodatek nie zostało wyjaśnione, o co chodzi z tą całą przeprowadzką: dlaczego, kiedy, co z resztą świata?

coy-dunno

Mało? Przyjrzyjmy się Kelsea. Bohaterka Królowej Tearlingu wychowała się w lesie, bez kontaktu z rówieśnikami czy w ogóle z kimkolwiek poza parą swoich opiekunów. Po nauce odebranej w izolacji w domu nadal okazuje się mieć ogromną wiedzę o historii królestwa czy rolach społecznych, nie boi się obcych, nie ma problemów z adaptacją do nowej sytuacji, nawiązywaniem kontaktów. Jednocześnie ze względu na jakąś nieokreśloną przysięgę, którą jej matce najwyraźniej złożyli wszyscy – Straż, opiekunowie i nie tylko – nie ma absolutnie żadnej wiedzy o wydarzeniach ostatnich lat (czyli polityce wewnętrznej i międzynarodowej królestwa, sytuacji ludności, rządach swojego wuja-regenta czy takich drobiazgach jak np. wielkich zsyłkach niewolników jako okupie). Nie może się dowiedzieć nawet tego, kim jest jej ojciec! Brzmi całkowicie logicznie, prawda?

Nie mogę też nie wspomnieć o tym, jak Johansen stara się sterować emocjami czytelnika, np. budując wzruszający obraz męża wspominającego utraconą żonę: pewien bohater przypomina sobie, jak kupił żonie wymarzone krosna; przez pół roku ich nie ruszyła, po czym zaczęła… tkać na nich czapki, spodnie, bluzy. Ostatecznie okazuje się, że nasz biedak zamiast krosien kupił żonie druty. Po przeczytaniu tego myślałam, że padnę. Poniżej zdjęcie poglądowe – zastanawiam się cały czas, jak według autorki doszło do tej pomyłki.

Krosna i druty
Po lewej krosna, po prawej druty. Drobna różnica, można pomylić.

No niestety – Tearling marnuje potencjał

Erika Johansen, co najgorsze, pisze ogólnie nieźle. Jej postaci są żywe, charakterystyczne, barwne i wielowymiarowe. Dodatkowo nie brnie w wątki romantyczne (przynajmniej na razie), Kelsea zdaje się mieć głowę na karku i nie jest irytująca, a sytuacja polityczna kraju przedstawiona jest w miarę możliwości realistycznie. Nawet wizerunek Szakrłatnej Królowej – głównej antagonistki – chociaż miejscami niespójny, pod koniec powieści nabiera wyraźnego kształtu i jest całkiem interesujący. To byłoby naprawdę dobre czytadło – gdyby nie takie problemy, jak w poprzednim akapicie.

Królowa Tearlingu - okładka ciemna

Ogólnie czekam na drugi tom – w bibliotece jest chwilowo wypożyczony – i na pewno przeczytam, żeby sprawdzić, czy autorka poczyniła jakiekolwiek postępy. Jeśli nie, to jednak odpuszczę trzeci: Królowa Tearlingu ma potencjał, ale spora liczba błędów logicznych i infantylności trochę mnie odstręcza.

W skrócie:

Zalety

  • sprawnie poprowadzona narracja
  • ciekawa główna bohaterka
  • brak nahalnego wątku romantycznego
  • skoncrentrowanie na polityce i rządzeniu
  • dobrze napisane postaci poboczne

Wady

  • naiwne, niedopracowane pomysły na świat przedstawiony
  • niepremyślane/niewyjaśnione nawiązania do świata „cywilizacji” (komputery, genetyka, transplantacje itp.)
  • infantylne idelizowanie książek
  • niedopracowana postać antagonisty (momentami boli)
  • Erika Johansen Królowa Tearlingu
  • wyd. Galeria Książki
  • 486 stron
  • luty 2015

5

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Erika Johansen „Królowa Tearlingu” – brak w tym logiki [recenzja]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s