„Life” – recenzja nowego „Aliena”

Jestem fanką Aliena Ridleya Scotta. Uwielbiam oryginalny film, a kolejne odsłony budzą we mnie przyjemny sentyment. Jest klimatyczny, mroczny, dobrze zrealizowany i po prostu straszy. Life, thriller SF, który trafił do kin w ostatni piątek, pięknie wpisuje się w trend alienopodobny – thrillera/horroru o obcej formie życia szalejącej w zamkniętej przestrzeni. Podobało się!

Bliska przyszłość. Na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej szóstka astronautów przejmuje wracającą z Marsa sondę z próbkami, które zapewne zawierają ślady życia. Szczegółowe badania potwierdzają: oto jednokomórkowy organizm, który, co najważniejsze, udało się ożywić. Ziemia reaguje ekstatycznie, ale badania nad Calvinem – jak nazwano alienka – prowadzone są tylko na ISSie. Organizm rośnie, łączy się i wykazuje coraz to nowe właściwości… aż w pewnym momencie wydarzy się nieszczęście.

Brzmi znajomo? Owszem. Ale Rhett Miller i Paul Wernick, twórcy scenariusza (wcześniej pisali m.in. Deadpoola), mówią wprost w wywiadach: Alien ma już niemal 40 lat (!). Potraktowali go więc jak inspirację i we współpracy z reżyserem, Danielem Espinosą, stworzyli film, który jest jednocześnie hołdem dla nieśmiertelnego dziełą Scotta i nową, bardziej prawdopodobną wersją tej samej opowieści, osadzoną w realiach dzisiejszych badań naukowych i straszącą nie tylko kryjącym się w cieniach obcym, ale też realnością tego scenariusza.

C4AURQzUkAAE53Y

Moim zdaniem – udało się. Life jest świetnie zrealizowanym filmem, z naprawdę cudnymi efektami specjalnymi, klimatycznym, z dobrze oddanym wrażeniem nieważkości w kosmosie (przez cały film!). Całymi garściami czerpie z Aliena, ale nadaje całej historii nową jakość.Nadal mamy do czynienia z inteligentną, obcą formą życia, ale już nie z założenia wrogą (Calvin atakuje dopiero w odpowiedzi na zadany ból), a jego pojawienie się jest naukowo prawdopodobne. Nie krążymy w ciemnościach, stacja jest dobrze oświetlona, ale ta widoczność obcego wcale nie zmniejsza strachu (sama momentami uznawałam, że wolę popatrzeć na męża niż w ekran). Klaustrofobiczna ciasnota, widmo śmierci (bardzo, bardzo nieprzyjemnej), wybory bohaterów – są dobrze napisane i przedstawione. To wszystko podbito nie wybitną, ale dobraną odpowiednio muzyką. Oglądało się naprawdę przyjemne.

Postaci są dość tokenowe, ale to było do przewidzenia w tego typu produkcji: w 100 minut trudno byłoby tu budować głębsze charaktery. Jednocześnie są dobrze zagrane – Ryan Reynolds był naprawdę uroczy jako astronauta-mięśniak, Ariyon Bakare jako sparaliżowany od pasa w dół biolog zafascynowany Calvinem naprawdę grał przekonująco. Odpowiedzialna za stację lekarz-dowódca Miranda North (Rebecca Ferguson) naprawdę nadaje filmowi emocjonalnego rysu. Najsłabiej wypadają Olga Dykhovichnaya i Hiroyuki Sanada, ale też ich role nie były ani bardzo rozbudowane, ani specjalnie wyeksponowane. Z kolei najlepszy popis daje Jake Gyllenhaal jako David Jordan – wycofany, nielubiący tłumów astronauta, który najbardziej ze wszystkiego chciałby zostać na ISSie na stałe. Z mojego punktu widzenia to on “robi” film.

Czy polecam? Owszem. Life to najlepsza premiera SF od czasu Nowego początku i porządny kawał kosmicznego thrillera. Nie jest może idealny (zdarzają się dyskusyjne naukowo sceny, jest pewna wtórność), ale jest dobry i zdecydowanie zasłużył na więcej niż małą salę w multipleksie.

7

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s