Wielka czwórka, czyli najlepsze filmy fantasy wszechczasów

W latach osiemdziesiątych powstały cztery filmowe produkcje fantasy tak dobrze napisane, świetnie nakręcone i baśniowe, że do dzisiaj – chociaż są starsze ode mnie i widziałam je masę razy – nie mogę znaleźć nic, co by je przebiło. Nie jest to tylko mój sentyment – oceny milionów ludzi to potwierdzają! Co to za cudeńka? Oto one:

Willow (1988)

Napisana przez George’a Lucasa historia jest klasyczna do bólu: rodzi się dziecko-wybraniec, którego samo istnienie zagraża panowaniu złej królowej Bavmordy. Zostaje wysłana armia, która ma na celu odnalezienie niemowlęcia. Piastunka, która je chroni, spuszcza koszyk z małą dziewczynką w dół rzeki, a sama ginie. Niemowlę odnajduje żona Willowa, należąca do plemienia Nelwynów (karłów czy też krasnoludów). Jednak rada plemienia decyduje, że nie mogą go zatrzymać – należy je oddać w najbliższej osadzie Dużych. Willow wyrusza na wyprawę, która jednak potoczy się zupełnie innym torem, niż spokojny Nelwyn miałby ochotę. Spotka po drodze nietypowych sprzymierzeńców (skrzaty, wojownika-banitę, córkę złej czarownicy…) i będzie zmuszony stawić czoła złu – a wszystko z niemowlęciem na ręku.

willow

Gdyby dzisiaj którykolwiek wielki reżyser chciał nakręcić bajkę dla dzieci, zapewne uznano by go za wariata. Na szczęście nikt tak nie powiedział Lucasowi, gdy ten tworzył Willowa. Ten film to piękna opowieść o ratowaniu pewnego dziecka, a przy okazji oceleniu świata (tak, to właściwa kolejność). Długowsłosy Val Kilmer to uroczy zbój, początkowo dość antypatyczny, potem wyraźnie nabierający ciepła; połączona z nim klątwą pewnego napoju córka wiedźmy błyskawicznie nabiera głębi jako postać, a sam Willow to ucieleśnienie tego, co dobre w baśniowych protagonistach – mimo że to skrzat i karzeł. W filmie nie ma jednak samych pozytywnych momentów, a groza pojawia się co jakiś czas, strasząc młodszych widzów i trzymając starszych w szachu. Generalnie film jest tak dobrze napisany, że ani się człowiek obejrzy – już jest pod koniec. Wciąga!

Narzeczona dla księcia (1987)

To inna para kaloszy. Film powstał na bazie bijącej wtedy rekordy popularności w USA powieści Williama Goldmana pod tym samym tytułem. Reżyser wraz z pisarzem – którego zaproszono do adaptacji książki na scenariusz – postawili na dość nietypową konstrukcję narracji w filmie. Książka – która generalnie jest przygodową powieścią romantyczną – została tu potraktowana intertekstualnie i mamy w produkcji do czynienia z dziadkiem, który czyta choremu wnukowi opowieść, do której przenosimy się w wyobraźni. Buttercup, śliczna córka farmera, i chłopiec stajenny Westley zakochują się w sobie. Łączy ich „prawdziwa miłość”, jedna na sto lat, opiewana w pieśniach. Jednak Westley, by zarobić na ich przyszłe małżeństwo, wyrusza w świat i ginie z rąk groźnego pirata. Pięć lat później Buttercup – której serce umarło wraz z Westleyem – ma poślubić księcia i przyszłego władcę kraju. Wtedy pojawia się tajemniczy mężczyzna w czerni…

princess-bride

Historia opowiedziana jest z zacięciem, dowcipnie i pełno tu baśniowego naginania rzeczywistości (nawet mimo braku magii!) i klimatu – co podkreśla dodatkowo zawsze jasne, rozproszone światło. Każda z postaci to swego rodzaju model pewnego motywu. Książę jest cwany i tchórzliwy, jak idealny negatywny bohater, Indigo Montoya to idealny hiszpański szermierz poszukujący zemsty, Fezzik – idealny łagodny gigant itp. itd. Na dodatek wszystko zagrane bez nadęcia i manieryzmu, z przymrużeniem oka. Fabuła zaś bazuje na najpopularniejszych toposach powieści przygodowych, które zyskują nowe życie dzięki świeżej formule. Historia wciąga i nie daje się oderwać od ekranu. To baśń w najlepszym wydaniu – z morałem, że prawdziwa miłość zwycięży wszystko!

Legenda (1985)

Od tego filmu zaczęła się kariera Toma Cruise’a. Tu także za reżyserię wziął się znany już szerokiej publiczności fachowiec – Ridley Scott, scenariusz zaś pisał William Hjortsberg (znany z powieści Harry Angel). Współpraca dwóch sław dała ponownie świetne efekty. Fabuła nie jest skomplikowana – przynajmniej początkowo. Władca ciemności zapowiada, że słońce już nigdy nie wstanie nad Ziemią, a jego rządy będą wieczne. Jednak musi najpierw pozbyć się jednej przeszkody: jednorożców, które pojawiły się w jego lesie. Wysyła w tym celu na polowanie Blixa, swojego najobrzydliwszego ze sług (wierzcie mi, ta charakteryzacja nie zestarzała się ani o dzień przez 30 lat od premiery). By to zrobić, wykorzystują niewinną, śliczną, ale też samolubną księżniczkę Lily. Gdy na świecie zapada ciemność i wieczna zima, na ratunek wyrusza Jack – wychowany przez zwierzęta leśny chłopak, zakochany w księżniczce. Ale nie może pokonać wielkiego zła sam, a tak on, jak i Lily muszą zapłacić słoną cenę za swoje wcześniejsze małostki – egoizm, kłamstwo, głupotę czy zaślepienie.

legend

Film urzeka nie tylko baśniową fabułą i przesytem magii. Scott i jego ekipa wykonali kawał cudownej roboty, jeśli chodzi o budowanie atmosfery za pomocą światła, dźwięku i subtelnych zmian w tychże – zwykłe bzyczenie muchy jest tu tak wymowne, jak w nowszych produkcjach pojawiająca się znienacka burza z piorunami. Maleńkie znaki zapowiadają nadchodzące zmiany w życiu bohaterów, a często bazują na powszechnie znanych symbolach i kontrastach, jak barwy, kwiaty czy pogoda. W świecie Legendy obecne są także znane z fantasy i baśni stworzenia, jak elfy (przypominający Puka ze Snu nocy letniej Gump, groźny czarownik o uroczej powierzchowności), skrzaty i gobliny. Całość ogląda się jak świetnie skonstruowany thriller dla młodszych widzów oparty o stałe elementy baśni – mroczny, nieprzewidywalny i momentami ciężki, ale za to skąpany w brokacie. Całość ma dość ponurą wymowę: przypomina, że w każdym z nas tkwi zło, które jest naszą nieodłączną częścią. To też najcięższy obraz w zestawieniu. Jako dziecko byłam przerażona, ale nie mogłam przestać oglądać. Teraz bez wahania powiem, że teraz już takich filmów nie robią.

Zaklęta w sokoła (1985) to jeszcze inny rodzaj baśni. Mamy tu romantyczną tragedię i walkę dobra z mocami skorumpowanego zła. Nastoletni złodziejaszek, Gaston zwany Myszą, ucieka z więzienia, z którego nikt inny nie uciekł. Biskup rządzący miastem i twierdzą wysyła za nim w pogoń żołnierzy. Chłopaka ratuje tajemniczy rycerz w czerni, niegdysiejszy kapitan w wojsku – Navarre. Okazuje się, że obłożono go klątwą: w nocy zamienia się w wielkiego czarnego wilka. Z kolei jego sokół w świetle księżyca staje się kobietą – piękną Isabeau. Zakochani zostali obłożeni klątwą przez biskupa – odrzuconego nawet przez Watykan – która pozwala im widywać się tylko przez ułamek chwili każdego dnia. Gaston, mimowolnie wplątany w samo serce tego dramatu, towarzyszy przeklętym w nadziei, że uratuje mu to skórę… i okaże się im pomocne.

ladyhawke

Film jest przez dużą swoją część tragedią. Szansa na to, że kochanków spotka szczęśliwe zakończenie, jest niewielka, a śmierć zawsze czyha bliska, podobnie jak szaleństwo. Rutger Hauer grający Navarre’a i Michelle Pfeiffer jako Isabeau są po prostu cudowni – zagrali zmaltretowanych przez los, zaczarowanych zakochanych po prostu idealnie. Gdy Navarre grozi, to widzowi przechodzi dreszcz po plecach – znać grę świetnego aktora. Reszta obsady, z Mathew Broderickiem jako Gastonem na czele, także spisuje się świetnie, dzięki czemu historia nabiera głębi. Zło jest tutaj demoniczne, ale też bardzo namacalne: skorumpowany przez władzę, posługujący się mrocznymi siłami biskup jest tak antypatyczny, a jednocześnie realny, że aż trudno się nie wzdrygnąć. Rysu realizmu nadaje też Zaklętej fakt, że wszyscy bohaterowie szczerze wierzą w Boga (a nawet z nim rozmawiają w chwilach potrzeby), a klątwa biskupa pochodzić musi od samego diabła. Całość psuje jedynie… muzyka. Naprawdę nie wiem, kto pomyślał, że najlepszą OST do tego rodzaju opowieści będzie typowy dla lat 80. pop-rock przypominający czołówkę do McGyvera…


Wszystkie cztery filmy łączy świetne wykonanie – efekty specjalne, chociaż ponad trzydziestoletnie, nie zestarzały się ani o dzień. Jedynie hydra w Willow lekko trąci myszką, ale można jej to wybaczyć – jest paskudna, obleśna i groźna. Aktorzy z najwyższej półki, doskonale pokierowani przez reżyserów i scenarzystów, sprawiają, że opowiadane historie żyją (widać to zwłaszcza  najmniej baśniowej Zaklętej w sokoła), poruszają i zapadają w pamięć, nie pozwalają oderwać się od ekranu. I chociaż brak tu epickości chociażby Władcy pierścieni albo świetnych efektów popularnego ostatnio Merlina, to filmy nie pozwalają się zapomnieć. To cudowne fabuły dla młodszych i starszych, każda z morałem – mniej lub bardziej życiowym. I mimo że dobre zakończenie jest niejako gwarantowane przez gatunek, trzymają w napięciu do ostatnich scen. Nie było ich jeszcze na Twojej liście do obejrzenia? Musisz nadrobić!!

Advertisements

4 uwagi do wpisu “Wielka czwórka, czyli najlepsze filmy fantasy wszechczasów

  1. Bardzo dobrze pamiętam Zaklętą w sokoła. Uwielbiałam ten film, nie tylko dlatego, że to mój rocznik 😉
    I Willow! Mogłam go bez przerwy oglądać.

    Ale powiem szczerze, że ostatnio skusiłam się na obejrzenie rosyjskiego filmu Zaklęty w smoka. Jak nie lubię słodkich, czułych i różowych aż do bólu romansów tak ten film jest… inny!
    Tak, jest miłość, wielka przeszkoda do jej spełnienia i dokonywanie niełatwych wyborów.
    Ale jest bajeczny w całkiem inny sposób, niż można by przypuszczać.
    I ta muzyka…

    Polecam do obejrzenia 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Myślisz „Lucas”, piszesz „Spielberg” 😉

      Labirynt nie urzekł mnie tak, jak filmy powyżej. Cenię, ale jednak nie umieściłam w swojej topce, podobnie jak np. „Niekończącej się opowieści” czy filmów o Conanie 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s