Virginia Boecker „Łowczyni” – recenzja książki

Powieść-facepalm. Tak mogę podsumować Łowczynię, młodzieżowe czytadło fantastyczne z wydawnictwa Jaguar. Zwykle mam dużą odporność na nielogiczne elementy fabuły, głupawych bohaterów czy po prostu średnio napisaną literaturę, ale tym razem przegięto. Naprawdę. To było głupie.

Czytam naprawdę dużo powieści z nurtu fantastycznego YA. Są na ogół lekkie, dość przewidywalne, ale mają też spory potencjał – autorzy starają się drążyć nowe terytoria, nawet gdy budują na modnym akurat temacie. Akceptuję ich prostotę, chodzenie na fabularne skróty, sporadyczne nielogiczności. Jednak czasami trafiają się takie rzeczy jak Łowczyni Virginii Boecker i wtedy warto zaopatrzyć się w szklankę dobrej kawy z prądem, żeby nie strzelić czytnikiem o najbliższą płaską powierzchnię.

Fabuła na początku nie budzi podejrzeń. Oto Elizabeth, szesnastoletnia łowczyni czarownic na usługach lorda Blackwella, de facto rządzącego alternatywną Wielką Brytanią w czasach po wielkiej zarazie, wywołanej magią. W Londynie codziennie płoną stosy, a elitarna jednostka łowców dostarcza nowych schwytanych czarowników. Towarzyszy jej w tym Caleb, najlepszy przyjaciel, który w czasie zarazy ocalił jej życie. Pewnego dnia Elizabeth wpada jednak w tarapaty, zostaje oskarżona o czary i czeka na egzekucję w lochach – z których ratuje ją najbardziej poszukiwany mag Anglii. Nie robi tego z dobroci serca, dziewczyna wedle pewnej przepowiedni może uratować mu życie.

Już na tym etapie widać, że coś się lekko nie klei, ale przejdźmy do konkretów. Uwaga, są drobne spoilery (nie żeby od ¼ książki nie było wiadomo, jak się skończy)!

16780127_10210095495237646_235934175_n
Mój kot nadal oprotestowuje książkę i odmawia pozowania z taką literaturą

Elizabeth trafia do więzienia, gdy wraca pijana z knajpy, a z kieszeni przy strażniku wypadają jej trujące, magiczne zioła. Zastanówmy się: autorka nie mówi nam nic wcześniej o ziołach, o kimś, kto mógłby je podrzucić, o celu, w jakim bohaterka miałaby je mieć; nie wiadomo także, skąd strażnik miałby rozpoznać wiecheć badyli, który wcześniej podpita nastolatka nosiła w kieszeni  (!). Ale staje się to idealną podstawą, by lojalna służbistka trafiła do celi śmierci z polecenia swojego patrona. Seems legit.

Z Calebem zaprzyjaźnia się, gdy ona ma lat 9 i żyje wśród niesprzątniętych po magicznej zarazie trupów, jedząc śmieci, a ten mając lat 11 jedzie konno na dwór królewski prosić o pracę. Samo w sobie jest to już zabawne, równie śmieszne są opisy, jak jedenastolatek niesie dziewięciolatkę na rękach, oraz później, jak dostali bez problemu pracę na królewskim dworze, wchodząc tam z ulicy. Ciekawi też motyw, według którego nasza bohaterka została super-mega-hiper sprawną i niepokonaną łowczynią w dwa lata – bo tyle trwał jej trening.

low1

Jest uroczy fragment, w którym Elizabeth i jej nowo nabyta koleżanka wybierają się na magiczną potańcówkę w lesie.

low2

Tak, bo generalnie uberłowczyni nie zauważyła wcześniej nic dziwnego w tym, że ktoś wskoczył do pokoju na pierwszym piętrze przez okno. Dzień jak co dzień. To fragment reprezentacyjny, gdyż podobnych logicznych zagadek jest w książce o wiele więcej.

Ciekawi też sprawa zjaw, które najpierw określane są jako nieumarłe (czy raczej jako byli zmarli), potem zaś mowa o zabijaniu ich i torturach oraz o tym, że krwawią. Coś mi tu nie leży. Wątek Zielonego Rycerza, którego grób był kluczem do rozwiązania sprawy, do której Elizabeth została niejako zatrudniona, jest co najmniej w stylu deus ex machina (tu już spoilerów oszczędzę, bo może ktoś jednak będzie czytał). Jednocześnie autorka nigdy nie zapomina podać prawdziwie istotnych informacji o bohaterach dwa zdania po tym, gdy się pojawią:

low3

Budowa zaś klasycznego trójkąta miłosnego (ba, momentami nawet czworokąta!) jest tak przeciętna i wali po oczach przewidywalnością, że można by te fragmenty po prostu wyciąć. No i zakończenie – nie powiem, jak, bo tego nawet nam nie napisano, ale „ci źli” ostatecznie znikają. Nie magicznie w obłoku dymu, nie uciekają, po prostu znikają z pola widzenia, jakby nigdy ich nie było, między jednym a drugim mrugnięciem. Da fuq?

Autorka ma też przedziwną manierę wrzucania istotnych w budowaniu i rozumieniu postaci faktów – stanowczo za późno. Np. o niektórych motywach Elizabeth dowiadujemy się tak w ¾ książki, mimo że motywy te były ważne w pierwszej ćwiartce, a potem to już wsio rybka. Dlaczego?

Żeby było zabawniej, mimo w sumie zamkniętego zakończenia – to jest seria. W Polsce jest już drugi tom, Królobójczyni, po angielsku są dostępne kolejne dwa. Dobrej zabawy.

lowczyni

Jednocześnie jestem pełna podziwu dla redaktorów i korekty polskiego wydania. Od dawna w żadnej książce nie znalazłam tak niewielu błędów – praktycznie nie istnieją. Od strony technicznej przygotowano ją na tip-top. Gratulacje! Jeśli zaś pytacie, dlaczego ja to w ogóle przeczytałam? Chyba żeby sprawdzić, co autorka jeszcze wymyśli, a przy tym przyznaję, chociaż z bólem – czyta się to jednym tchem, jest napisane bardzo sprawnie.

  • Virginia Boecker Łowczyni
  • wyd. Jaguar
  • 396 stron
  • marzec 2016

3

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Virginia Boecker „Łowczyni” – recenzja książki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s