Ci nieszczęśni tłumacze [MYŚLI LUZEM]

Czasami najciekawszą nawet książkę może zepsuć jeden błąd.

Dotąd niekwestionowanymi zwycięzcami w moim prywatnym rankingu „Nie chcę nic od was czytać” były dwa wydawnictwa: Papierowy Księżyc oraz Akurat. To pierwsze w środowisku czytelników wręcz słynie z niechlujnego tłumaczenia, wyglądającego  jak praca stażystki-studentki drugiego roku dowolnej filologii. Dotąd przechodzi mnie dreszcz na myśl o serii o Charley Davidson vel Kostusze, po którą w końcu sięgnęłam po angielsku – bo nie mogłam znieść tłumaczenia i redakcji. A pusty śmiech ogarnia mnie na wspomnienie „Podzielonych”, gdzie błędy bywały kuriozalne i pokazywały, że tłumacz nie wie, co tłumaczy (np. „color of smiley face”, słynny symbol uśmiechniętej żółtej kulki, został przetłumaczony na „kolor uśmiechniętej buzi”, co miało tyle sensu, co samochód na pedały).

happy-face-clip-art-smiley-face-clipart-3-clipartcow

Wydawnictwo Akurat stało się całkiem znane, gdy wydało „Marsjanina”, którego Paweł Pollak (swoją drogą też tłumacz) obsobaczył od każdej strony (słusznie) i udało mu się doprowadzić do zwrotu pieniędzy za „niepełnowartościowy towar”. Ukazało się już z resztą nowe wydanie z poprawionym tłumaczeniem. Akurat ma z tym stały problem: sięgają po bardzo dobre książki, ale ich promocja i praca nad tekstem wołają o pomstę do nieba. Poza nagłośnioną powieścią Andy’ego Weira, podobnie kiepski los spotkał „Czerwone koszule” Scalziego czy trylogię „Imperial Radch” Ann Leckie.

Wtem!

615954-n-aOstatnio jednak tłumacz-nieogar zaatakował mnie z niespodziewanej strony. Sięgnęłam po pierwszy tom cyklu „FilloryLva Grossmana, „Czarodzieje” z Sonii Dragi. Swoją drogą – całkiem to wciągające, świetna, magiczna alternatywa dla wszelkich harrypotteropodobnych tworów młodzieżowych. Narracja płynnie się toczyła aż do BŁĘDU. Takiego walącego logiką po oczach.

Naświetlmy  sytuację: jest postać, Penny. Penny jest punkiem, takim, co to chadzał w skórach, z irokezem, agrafkami i resztą inwentarza. Pochodzi z USA, jest biały, wręcz bielutki jak śnieg. W wersji serialowej przypomina Indyjczyka. W każdym razie – nie ma korzeni indiańskich. I znienacka dostajemy taki koszmarek:

Miał na sobie mundurek Brakebills, ale pozwolono mu nosić do niego tomahawk.

Zaraz, co? Tomahawk? W sensie, siekierkę z piórami? Już wyjaśniam: po angielsku „irokez” w kontekście fryzury to „mohawk”. Pani Monika Wyrwas-Wiśniewska – swoją drogą doświadczona tłumaczka – nie wychwyciła tego niuansu albo uznając go za bezsensowną literówkę w oryginale i przepisując na nieszczęsny „tomahawk”, albo pozostawiła wersję oryginalną, a redaktor, równie nieświadomy, poprawił jak umiał, tworząc potworka.

Niby nic, ale zgrzytam zębami od wczoraj, bo co na kartach pojawi  się Penny, to widzę ten nieszczęsny tomahawk za jego paskiem. Grr.

 

 

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Ci nieszczęśni tłumacze [MYŚLI LUZEM]

  1. Matko, to ja tobie z całego serducha polecam „Mechaniczne pająki” – arcydzieło pod kątem łączenia bzdur autorskich i tragicznego przekładu. Jeden rozdział dostarczył mi swego czasu tematu na cały post, wyobrażasz sobie? 😀

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s